Wspominałem już, że zachowanie rynku, jakie obserwujemy od jakiegoś czasu, przypomina wahadło. Nastroje błyskawicznie zmieniają się z optymizmu w pesymizm i na odwrót. Kursy raz szybko rosną, a chwilę później równie szybko spadają. W ciągu ostatnich dwóch dni ten proces znacznie się nasilił - wzrosła częstotliwość zmian. Do tej pory ruch w jedną stronę trwał kilka dni. Już w ubiegłym tygodniu i na początku obecnego trwałość ruchu spadła do jednej sesji. W środę i czwartek czas trwania ruchu w jednym kierunku skrócił się do połowy sesji.
Wczorajsze notowania zaczęły się od poważnego spadku cen. Notowania kontraktów otworzyły się 25 pkt poniżej zamknięcia w środę. Była to bezpośrednia reakcja na słabą sesję w USA oraz napływające informacje z Madrytu związane z atakiem terrorystycznym. Nastroje były fatalne i nie poprawiło ich rozpoczęcie notowań na rynku akcji. Spadek się pogłębiał. Ceny zatrzymały się dopiero w chwili, gdy indeks zamknął swoją lukę hossy z 1 marca br. Druga część sesji to już zmiana nastawienia. Popyt stawał się aktywniejszy, by w końcówce wyciągnąć ceny do poziomu 1753 pkt.
Czy dobra końcówka sesji może coś obiecywać? Jak pokazały wczorajsze notowania - niewiele. W środę też w końcowej części sesji rządził popyt. Nie pomogło to za wiele posiadaczom długich pozycji. Teraz może być podobnie.
Na co można liczyć, jeśli jednak rynek zacznie rosnąć? Załóżmy, że faktycznie dzisiejsza sesja będzie wzrostowa. Czy to zmieni obraz rynku? Obawiam się, że nie. Przypomnijmy, że wykres cen znajduje się w ograniczeniach formacji klina zwyżkującego. Wątpię, by popyt znalazł chętnych na kolejną próbę walki z górnym ograniczeniem tej formacji. Podejście w okolice maksimów jest możliwe, ale w poważny atak mający przynieść rekordy już nie wierzę.