Piątek zaczął się od małego wzrostu cen - o 5 pkt w stosunku do czwartkowego zamknięcia. Nic jeszcze nie sygnalizowało tego, co czekało rynek przez resztę sesji. Im było bliżej otwarcia rynku akcji, tym ceny kontraktów były wyższe. Kasowy zaczął notowania optymistycznie i reszta już toczyła się sama. Popyt szybko uzyskał przewagę i nie oddał jej do samego końca notowań. Szybko pokonane zostały szczyty z początku tego tygodnia. Padły ważne sygnały kupna, a poprzednie sygnały sprzedaży zostały zanegowane. To podgrzewało atmosferę.
Skąd ten wczorajszy wyskok cen? Ostatnie zachowanie na rynku kasowym sugerowało dystrybucję. Słabość w czasie wzrostów cen i większa aktywność w czasie spadków. Czy zatem coś się zmieniło? Tak, ale obawiam się, że na krótko. Można bowiem przypuszczać, że rynek otrzymał impuls, który ma wynieść ceny na wyższe poziomy, by kontynuować wyprzedaż.
Naturalnie ze wzrostem się nie dyskutuje i niezależnie dlaczego został wywołany, nie należy z nim walczyć. Zresztą, wczoraj widzieliśmy skutki takiej walki. Na rynku terminowym nie zanotowano znaczącej poprawy nastrojów, mimo że wzrost był wyraźny. Tu nadal nie widać wiary w przewagę byków. W dłuższym terminie ma to pewnie podstawy, ale najbliższe dni zdają się należeć do popytu. Dopiero końcówka sesji przyniosła zwiększenie bazy. Przez większość sesji była ona minimalna, a czasem nawet równała się zeru. Takie wątpliwości co do panującej tendencji sugerują, że ta ma szansę na swój dalszy ciąg. Ten tydzień zakończyliśmy tuż pod rekordami. Ich pokonanie to zadanie dla popytu na tydzień przyszły. Jest realnym, że zostanie ono wykonane. Nastroje się poprawiły, ale nie na tyle, by sądzić, że wzrost się już zakończył. Do zakończenia potrzebna jest euforia, a tej jeszcze nie było widać.