na szeroki rynek SP500.gif zasięg spadku z klina zwyżkującego zrealizowany
został w zeszłym miesiącu, późniejszy dynamiczny powrót nie zdołał powrócić
w obszar klina i zatrzymał się na jego dolnym ograniczeniu, a kolejna fala
spadkowa skończyła się na wsparciu na szczytach z połowy marca. Podobny pat
na indeksach Dow.gif Nasdaq.gif które przy wcześniejszych mocniejszych
ruchach pierwsze wskazywały kierunek. Nie tym razem. Ta obecna niepewność i
niezdecydowanie rynku wynika z ostatnio nagłośnionego antycznego dylematu -
czy lepsze są bardzo dobre dane makro, czy może jakieś małe ekonomiczne
rozczarowanie przedłużające okres najkorzystniejszych dla rynku akcji
rekordowo niskich stóp procentowych.
Rozwiązanie problemu dodatkowo komplikuje fakt, że dane są bardzo
niejednoznaczne i rynki nie mogą zdyskontować żadnego konkretnego
scenariusza. Zobaczmy tylko na przykładzie ostatniego tygodnia. We wtorek
świetne dane o sprzedaży detalicznej, która przekroczyła najbardziej
optymistyczne prognozy. Zamiast +0,7% było +1,8%. Przy takich danych
oczywiście od razu pada blady strach podwyżek stóp, ale zobaczmy dokładniej.
Wzrost to głównie zasługa niesamowitego (rekordowe od 96 r.) wzrostu
sprzedaży materiałów budowlanych +10,6% (żaden inny produkt nie przekroczył
+2,1% - samochody). Można sobie wybrać - albo było to efektem paniki
konsumentów przed wzrostem stóp procentowych, albo robie podsumowując dobra to była
publikacja czy zła ? Rynek ma zawsze racje, ale w tym tygodniu nawet on
zgłupiał kompletnie rzucając się z dnia na dzień bardzo chaotycznie. Ale
czemu tu się dziwić, skoro w środę przyszła kolejna niespodzianka. Inflacja
cen konsumpcyjnych wzrosła wyraźnie powyżej prognoz i w marcu wyniosła
+0,5%, a wartość bazowa +0,4%. To dla podwyżek stóp było kluczowe i
oczywiście mocno niekorzystne dla rynku akcji, ale z drugiej strony to nic
innego jak potwierdzenie ożywienia gospodarczego i możliwość podniesienia
cen przez producentów, którzy do tej pory szkody (nie dla wszystkich)
rekordowych cen towarów musieli brać na siebie, kosztem zysków pokazywanych
akcjonariuszom.
Im więcej takich zagadek mieliśmy pod koniec tygodnia, tym trudniejsze było
prognozowanie najważniejszych dla rynku działań FED. Deficyt handlowy spadł
w marcu więcej niż oczekiwano, ale budżetowy dzień wcześniej rozczarował. NY
Empire State Index obrazujący koniunkturę w rejonie NY był bardzo dobry 36
vs prognoza 29, ale spadł subindeks pokazujący prognozę na kolejne 6
miesięcy, oraz subindeks zapasów. Na 10 wskaźników były to jedyne negatywne
zmiany, sugerujące powątpiewanie firm w trwałość ożywienia. Podobny wskaźnik
z Filadelfii też pozytywnie zaskoczył, ale oprócz subindeksu oczekiwań,
spadł także subindeks zatrudnienia, a to już po ostatnich danych z rynku
pracy mogło dziwić. Na potwierdzenie tych wątpliwości długo nie trzeba było
czekać, bo liczba wniosków o zasiłek od nowozarejestrowanych bezrobotnych za
zeszły tydzień mocno wzrosła do 360k. Część analityków obarcza za to winą
sposób w jaki uwzględnia się sezonowość tych danych, gdyż zawsze w okolicach
Wielkanocy pojawia się tego typu niespodzianka. Ostatni raport z rynku pracy
był tak jednoznaczny, że rynek nie może mieć teraz żadnych wątpliwości przy
kolejnych publikacjach, a takie niestety się pojawiają. Ostatniego dnia, by
dopełnić chaosu dostaliśmy świetne dane z rynku nieruchomości, gdzie
prognozy analityków przekroczyła liczba noworozpoczętych inwestycji
budowlanych i pozwoleń na budowę. Przeciwstawił się temu czwartkowy raport o
załamaniu (-30,7%) aktywności konsumentów na polu refinansowania kredytów
hipotecznych. A do tego zaskakująco spadła (-0,2% wobec prognoz +0,3)
produkcja przemysłowa w marcu, oraz wstępny indeks nastroju Uniwersytetu
Michigan, choć akurat tutaj po zamieszaniu w Iraku i drogiej ropie
niespodzianki być nie powinno.
Jak po tak sprzecznych publikacjach rynek może znaleźć kierunek, gdy nawet
jednoznaczność tych publikacji pozostawiałaby niepewność, która decyzja FED
jest lepsza dla rynku akcji. Jeśli spojrzeć teraz w kalendarz danych makro,
to możnaby dojść do wniosku, że skoro jest w nim dość pusto, to zachowanie
rynku będzie nieco bardziej przewidywalne. Absolutnie nie, bo oprócz
zaledwie kilku tradycyjnych publikacji (LEI, zasiłki i zamówienia na dobra
trwałego użytku) mamy przez cały tydzień interpretację pojedynczych słów -
zarówno tych napisanych w opublikowanej w środę Beżowej Księdze (dokładny
obraz stanu gospodarki USA w poszczególnych Stanach), jak i tych
wypowiedzianych przez samego Greenspana i jego świtę. O 14:30 we wtorek
Greenspan stawi się na "przesłuchanie" przed bankową komisją senatu, a
następnie w środę przed kongresem o 16:00. Ostatnio jego wystąpienia
przepełnione były gospodarczym (urzędowym?) optymizmem, ale wykluczały
szybkie podniesienie stóp procentowych. Trochę paradoks, któremu dziwiła się
większość ekonomistów, w tym Stephen Roach z Morgan Stanley, nawołujący przy
tym do natychmiastowego podniesienia stóp procentowych o przynajmniej 200
pkt bazowych. Czego teraz oczekiwać ? Nikt tego nie może wiedzizaostrzenie polityki monetarnej (analitycy
oczekują podwyżek najwcześniej w czerwcu, na pewno zaś w sierpniu - co
potwierdzają Fed Fund Futures i rozsiewane plotki z administracji
prezydenta). Jeśli jednak komuś będzie jeszcze mało, to prezes FED z San
Francisco także w środę będzie przemawiać o 17:30 na temat perspektyw
amerykańskiej gospodarki. W czwartek Ben Bernake i sekretarz skarbu John
Snow przemawiać będą na spotkaniu poświęconemu rynkowi obligacji. W piątek o
perspektywach gospodarki o 18:30 występuje zarówno prezes FED z Richmond jak
i z Chicago. Nie wymieniałbym tak szczegółowo tych wystąpień czy publikacji,
gdyby nie fakt, że dla rynków najważniejsza jest teraz wyraźna diagnoza
stanu gospodarki i terminu podwyżki stóp procentowych. Najważniejsza tak
naprawdę z punktu widzenia rynkowych nastrojów. Każda z wymienionych osób,
oczywiście z Greenspanem na czele, wywrócić może rynki w drugą stronę nawet
kilkoma słowami.
Samo to zniechęca do prognozowania zachowania rynków. Ale to nie wszystko.
Nie można zapomnieć przecież o trwającym sezonie wyników spółek, w którego
najgorętszy okres właśnie wchodzimy. W najbliższych dwóch tygodniach 64%
spółek z S&P500 poda wyniki, a tylko w najbliższym tygodniu aż 179 !!!
spółek. Ktoś oczywiście powie w tym miejscu, że jakie to ma znaczenie dla
szerokiego rynku, gdy w ostatnim tygodniu publikacje wpływały tylko na
pojedyncze spółki, a szeroki rynek zachowywał się zgodnie z obowiązującą
tego dnia interpretacją danych makro i momentu podwyżki stóp. Trochę w tym
racji, dlatego wypowiedzi członków FED i Beżowa Księga będą najważniejsze,
ale do tej pory wyniki spółek można powiedzieć, że były tylko zwiastunem
tego co opublikowane zostanie w najbliższych dwóch tygodniach. Przed taką
serią publikacji oczywiście jest wielu inwestorów, którzy prognozują
dobre/złe wyniki i zajmują odpowiednią pozycję. Jednak im dłużej ktoś
inwestuje na rynku tym bardziej się przekonuje, że w takich momentach nie ma
sensu zgadywać często irracjonalnych zachowań rynku, a czekać gdy
emocje/wahania opadną i po przetrawieniu wszystkich publikacji rynek
rozpocznie mocniejszy ruch mając odkryte wszystkie karty. Tak samo jak nie
wyprzedza się sygnałów kupna/sprzedaży przed wykreśleniem danej formacji,
tak w tak gorącym okresie w USA należałoby nieco ostrożniej, a przede
wszystkim bez emocji tłumu podchodzić do inwestycji, obojętnie czy to w
waluty, czy na rynku akcji i towarów.
Załóżmy jednak, że GPW na nic się nie ogląda. Jakie ma perspektywy na
najbliższe tygodnie ? Żałosne - i bynajmniej nie jest to prognoza spadków,
ale ocena sytuacji, w której na parkiet z brudnymi butami powrócili
politycy. Chwila spokoju "na konsultacje" już się skończyła i zaczyna się
polityczna wojna. Po pierwsze o powołanie nowego rządu, po drugie o
wykorzystanie unijnej akcesji do wyborczej promocji (patrz LPR, czy
Samoobrona), no i w końcu po trzecie, najważniejsze dla rynków - wojna o
plan Hausnera. Nie będę opisywać sporów politycznych na tym tle, bo w
codziennej prasie temat opisywany jest bardzo szeroko. Najlepszym jego
podsumowaniem, a zarazem tekstem tygodnia, była wypowiedź przedstawicieli
partii idącej w kierunku populistów (jak zapowiadał nowy prezes), czyli PSL.
Tak naprawdę należałoby pochylić głowę z politowania i spuścić zasłonę
milczenia na tego typu propozycję, ale one pojawiają się nie dla rozgłosu, a
jako faktyczna recepta na trudną sytuację finansów publicznych, a to już
przeraża. Mowa tutaj o propozycji PSL, by natychmiast zaprzestać reformy
finansów publicznych (cięcia socjalne) i zamiast tego wprowadzić
korzystniejszą, unijną metodę liczenia długu publicznego. Jak kogoś Bozia
chce poka. Taki krok
natychmiast uspokoiłby rynki finansowe, że całkiem realne rozbicie się długu
publicznego o barierę 60% PKB nie będzie miało miejsca. Wszyscy bowiem zdają
sobie też sprawę, że zbilansowanie budżetu w obecnej konfiguracji
politycznej i sytuacji gospodarczej jest po prostu niewykonalne - w
przeciwieństwie do zmiany konstytucji, a tego zagraniczni inwestorzy bardzo
by się przestraszyli (zdanie wytrych - czytaj zarządzaliby wyższej
rentowności). Równie makabrycznym pomysłem przy dojściu do 60% byłyby
interwencje na rynku walutowym (wzmocnienie złotego), lub zwrócenie się do
banku centralnego, by wykupił część polskiego długu za posiadane rezerwy.
Czarny scenariusz i na pewno uprzedzi go przejście na ESA-95 a im szybciej
tym lepiej - tylko to można o tym napisać, a nie że nowa metodologia zastąpi
Plan Hausnera. Brrr. Do tego wszystkiego warto przypomnieć, że nie jest
jeszcze jasne jak księgować przelewy do OFE, więc tak naprawdę może się
okazać, że upiększanie cyferek przy długu publicznym nie będzie tak wyraźne
jak się teraz tego oczekuje.
Polityka polityką, a rynek swoje - oczywiście można tak założyć, co
wcześniej bardzo często okazywało się słuszne. Wręcz często zamiast
wystraszenia zagranicznych inwestorów, mieliśmy jedynie ścianę strachu po
której indeksy szybko się wspinały. Wykreślenie polityki wcale jednak nie
wyjaśnia sytuacji, o czym szerzej pisaliśmy już w codziennych komentarzach
od środy. Do tego momentu sądziłem bowiem, że to będzie ostatnia fala
wzrostowa, zakończona "wyciśnięciem" niedźwiedzi i na rynku zagości bardzo
duży optymizm wyrażany albo euforycznym wzrostem, albo bardzo silnym
rozciągnięciem bazy. Byłoby to analogiczne wyznaczenie szczytu, do tego z
lutego i marca. Wtedy także najpierw przebiliśmy szczyt z poprzedniego
miesiąca (10/02) oraz (01/03) i po kilku sesjach realizacji zysków dopiero
kolejna, ostatnia mini-fala wzrostowa z dużym impetem ustanawiała górki.
Teraz po przebiciu szczytu (04/06) brakowało jeszcze tego ostatniego ruchu.
Środowy dynamiczny wzrost takim był, ale wbrew wcześniejszym oczekiwaniom
nie był to żaden euforyczny ruch. Baza w tym ruchu jedynie wróciła do
wartości teoretycznej, a nie przekroczyła +30-40 pkt. Do tego wszystkiego
zabrakło zleceń stop ze strony krótkich pozycji, co wskazuje na sporą
pewność niedźwiedzi, wyrażaną także na kolejnych sesjach, a zwieńczoną
wzrostem Wigometru jedynie o 6 pkt. do wartości minus 15 pkt. Żadne nastroje
na rynku terminowym nie wykluczą tego, że mogliśmy nawet zrobić już szczyt
całej hossy, ale taki pesymizm inwestorów to spora gwarancja tego (po części
już potwierdzona na czwartkowo/piątkowej sesji), że nie zrobimy natychmiast
zwrotu i nie ruszymy do głębokiej wyprzedaży. Na dzisiaj najważniejszym
pierwszym wsparciem pozostają luki hossy, a oporem szczyty całego wzrostu,
które jednocześnie są przy górnym ograniczeniu klina zwyżkującego na
Kontrakty.gif i kanału na Indeks.gif
Podsumowując - dzisiaj najgorsza ze wszystkich rekomendacja, czyli zachęta
do czekania na wyraźniejszy impuls, co uparcie robię od środowej sesji. Taki
wybór to efekt połączenia prognozowanej wcześniej ostatniej fali wzrostowej,
z brakiem kapitulacji niedźwiedzi, lub innego sygnału euforii wyrażanego
choćby obrotami. Po kolejnych dwóch sesjach konsolidacji zachęta do stania z
boku ulec zmianie nie może, tym bardziej przy ostatniej politycznej
niepewności i ciężkim tygodniem w USA, gdzie inwestorzy bardziej będą
kierować się emocjami wywołanymi przez Greenspana, niż faktycznym stanem
gospodarki.
[email protected]