Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 18.04.2004 12:09

Marek Pryzmont

Zacznijmy od końca - czyli od prognozy. Ta z reguły jest bowiem zwieńczeniem

analizy wykresów, wydarzeń, czy danych makro opisywanych w weekendowych

tekstach. Choć na ostatnich sesjach wyparłem się tylko prognozy z dnia na

dzień, to po dokładniejszej analizie zrobić to dzisiaj muszę także na

Reklama
Reklama

kolejne dwa tygodnie, a w dalsza część tekstu poświęcona będzie argumentom,

które przemawiają za wstrzymaniem się z wydawaniem teraz wyroku.

Jeśli ktoś takim podejściem do giełdowej analizy jest bardzo oburzony, to ze

specjalną dedykacją i szczyptą lenistwa wkleję fragment swojego sobotniego

gazetowego komentarza - .... Najlepsze zdanie z giełdowej literatury mówi o

tym, że na rynku można zając nie dwie, ale trzy! pozycje. Pierwsza to

Reklama
Reklama

oczywiście gra na wzrosty, druga na spadki, a trzecia to "brak pozycji".

Większość jednak zupełnie nieefektywnie lubi szarpać się z rynkiem każdego

dnia. Podobnie też lubi rozszarpać analityka, który zaniecha prognozy

kolejnych sesji. Zresztą czasami inwestorom nie chodzi nawet o wykorzystanie

poglądów autora tekstu, ale tylko o znalezienie alibi dla swojej pozycji,

lub winnego przyszłych strat. Można więc wyjść z założenia, że nie ważne

Reklama
Reklama

jaka, ważne by prognoza była. Na pewno przynajmniej 20 532 otwartych pozycji

będzie usatysfakcjonowane. Taka presja sprawia oczywiście, że częste

prognozy są znacznie mniej wiarygodne i trafne. Widać to po rekomendacjach i

analizach instytucji, nad którymi wisi dodatkowo bat hossy - po pierwsze

inwestorzy nie lubią czytać złych wiadomości, bo niewielu gra na spadki - po

Reklama
Reklama

drugie spółka też nie przepada za negatywnymi ocenami - a po trzecie nie

przewidzenie wzrostów jest ewidentnym błędem, którego nie ma w przypadku

spadku "wywołanego" atakiem terrorystycznym, złymi danymi z rynku pracy, czy

też kreatywną księgowością. Z powyższego wniosek jest dość prosty -

najlepsza prognoza to prognoza jasno wskazująca kierunek, a do tego kierunek

Reklama
Reklama

na północ.

No to zobaczmy teraz co przeszkadza w zaspokojeniu pragnienia większości

czytelników, by usłyszeli że czekają nas dalsze wzrosty (wzorowa prognoza).

Jako że światowymi parkietami tak naprawdę rządzą amerykańskie indeksy, więc

zobaczmy na ich wykresy. Tutaj sytuacja wyjątkowo niejednoznaczna. Patrząc

Reklama
Reklama

na szeroki rynek SP500.gif zasięg spadku z klina zwyżkującego zrealizowany

został w zeszłym miesiącu, późniejszy dynamiczny powrót nie zdołał powrócić

w obszar klina i zatrzymał się na jego dolnym ograniczeniu, a kolejna fala

spadkowa skończyła się na wsparciu na szczytach z połowy marca. Podobny pat

na indeksach Dow.gif Nasdaq.gif które przy wcześniejszych mocniejszych

ruchach pierwsze wskazywały kierunek. Nie tym razem. Ta obecna niepewność i

niezdecydowanie rynku wynika z ostatnio nagłośnionego antycznego dylematu -

czy lepsze są bardzo dobre dane makro, czy może jakieś małe ekonomiczne

rozczarowanie przedłużające okres najkorzystniejszych dla rynku akcji

rekordowo niskich stóp procentowych.

Rozwiązanie problemu dodatkowo komplikuje fakt, że dane są bardzo

niejednoznaczne i rynki nie mogą zdyskontować żadnego konkretnego

scenariusza. Zobaczmy tylko na przykładzie ostatniego tygodnia. We wtorek

świetne dane o sprzedaży detalicznej, która przekroczyła najbardziej

optymistyczne prognozy. Zamiast +0,7% było +1,8%. Przy takich danych

oczywiście od razu pada blady strach podwyżek stóp, ale zobaczmy dokładniej.

Wzrost to głównie zasługa niesamowitego (rekordowe od 96 r.) wzrostu

sprzedaży materiałów budowlanych +10,6% (żaden inny produkt nie przekroczył

+2,1% - samochody). Można sobie wybrać - albo było to efektem paniki

konsumentów przed wzrostem stóp procentowych, albo robie podsumowując dobra to była

publikacja czy zła ? Rynek ma zawsze racje, ale w tym tygodniu nawet on

zgłupiał kompletnie rzucając się z dnia na dzień bardzo chaotycznie. Ale

czemu tu się dziwić, skoro w środę przyszła kolejna niespodzianka. Inflacja

cen konsumpcyjnych wzrosła wyraźnie powyżej prognoz i w marcu wyniosła

+0,5%, a wartość bazowa +0,4%. To dla podwyżek stóp było kluczowe i

oczywiście mocno niekorzystne dla rynku akcji, ale z drugiej strony to nic

innego jak potwierdzenie ożywienia gospodarczego i możliwość podniesienia

cen przez producentów, którzy do tej pory szkody (nie dla wszystkich)

rekordowych cen towarów musieli brać na siebie, kosztem zysków pokazywanych

akcjonariuszom.

Im więcej takich zagadek mieliśmy pod koniec tygodnia, tym trudniejsze było

prognozowanie najważniejszych dla rynku działań FED. Deficyt handlowy spadł

w marcu więcej niż oczekiwano, ale budżetowy dzień wcześniej rozczarował. NY

Empire State Index obrazujący koniunkturę w rejonie NY był bardzo dobry 36

vs prognoza 29, ale spadł subindeks pokazujący prognozę na kolejne 6

miesięcy, oraz subindeks zapasów. Na 10 wskaźników były to jedyne negatywne

zmiany, sugerujące powątpiewanie firm w trwałość ożywienia. Podobny wskaźnik

z Filadelfii też pozytywnie zaskoczył, ale oprócz subindeksu oczekiwań,

spadł także subindeks zatrudnienia, a to już po ostatnich danych z rynku

pracy mogło dziwić. Na potwierdzenie tych wątpliwości długo nie trzeba było

czekać, bo liczba wniosków o zasiłek od nowozarejestrowanych bezrobotnych za

zeszły tydzień mocno wzrosła do 360k. Część analityków obarcza za to winą

sposób w jaki uwzględnia się sezonowość tych danych, gdyż zawsze w okolicach

Wielkanocy pojawia się tego typu niespodzianka. Ostatni raport z rynku pracy

był tak jednoznaczny, że rynek nie może mieć teraz żadnych wątpliwości przy

kolejnych publikacjach, a takie niestety się pojawiają. Ostatniego dnia, by

dopełnić chaosu dostaliśmy świetne dane z rynku nieruchomości, gdzie

prognozy analityków przekroczyła liczba noworozpoczętych inwestycji

budowlanych i pozwoleń na budowę. Przeciwstawił się temu czwartkowy raport o

załamaniu (-30,7%) aktywności konsumentów na polu refinansowania kredytów

hipotecznych. A do tego zaskakująco spadła (-0,2% wobec prognoz +0,3)

produkcja przemysłowa w marcu, oraz wstępny indeks nastroju Uniwersytetu

Michigan, choć akurat tutaj po zamieszaniu w Iraku i drogiej ropie

niespodzianki być nie powinno.

Jak po tak sprzecznych publikacjach rynek może znaleźć kierunek, gdy nawet

jednoznaczność tych publikacji pozostawiałaby niepewność, która decyzja FED

jest lepsza dla rynku akcji. Jeśli spojrzeć teraz w kalendarz danych makro,

to możnaby dojść do wniosku, że skoro jest w nim dość pusto, to zachowanie

rynku będzie nieco bardziej przewidywalne. Absolutnie nie, bo oprócz

zaledwie kilku tradycyjnych publikacji (LEI, zasiłki i zamówienia na dobra

trwałego użytku) mamy przez cały tydzień interpretację pojedynczych słów -

zarówno tych napisanych w opublikowanej w środę Beżowej Księdze (dokładny

obraz stanu gospodarki USA w poszczególnych Stanach), jak i tych

wypowiedzianych przez samego Greenspana i jego świtę. O 14:30 we wtorek

Greenspan stawi się na "przesłuchanie" przed bankową komisją senatu, a

następnie w środę przed kongresem o 16:00. Ostatnio jego wystąpienia

przepełnione były gospodarczym (urzędowym?) optymizmem, ale wykluczały

szybkie podniesienie stóp procentowych. Trochę paradoks, któremu dziwiła się

większość ekonomistów, w tym Stephen Roach z Morgan Stanley, nawołujący przy

tym do natychmiastowego podniesienia stóp procentowych o przynajmniej 200

pkt bazowych. Czego teraz oczekiwać ? Nikt tego nie może wiedzizaostrzenie polityki monetarnej (analitycy

oczekują podwyżek najwcześniej w czerwcu, na pewno zaś w sierpniu - co

potwierdzają Fed Fund Futures i rozsiewane plotki z administracji

prezydenta). Jeśli jednak komuś będzie jeszcze mało, to prezes FED z San

Francisco także w środę będzie przemawiać o 17:30 na temat perspektyw

amerykańskiej gospodarki. W czwartek Ben Bernake i sekretarz skarbu John

Snow przemawiać będą na spotkaniu poświęconemu rynkowi obligacji. W piątek o

perspektywach gospodarki o 18:30 występuje zarówno prezes FED z Richmond jak

i z Chicago. Nie wymieniałbym tak szczegółowo tych wystąpień czy publikacji,

gdyby nie fakt, że dla rynków najważniejsza jest teraz wyraźna diagnoza

stanu gospodarki i terminu podwyżki stóp procentowych. Najważniejsza tak

naprawdę z punktu widzenia rynkowych nastrojów. Każda z wymienionych osób,

oczywiście z Greenspanem na czele, wywrócić może rynki w drugą stronę nawet

kilkoma słowami.

Samo to zniechęca do prognozowania zachowania rynków. Ale to nie wszystko.

Nie można zapomnieć przecież o trwającym sezonie wyników spółek, w którego

najgorętszy okres właśnie wchodzimy. W najbliższych dwóch tygodniach 64%

spółek z S&P500 poda wyniki, a tylko w najbliższym tygodniu aż 179 !!!

spółek. Ktoś oczywiście powie w tym miejscu, że jakie to ma znaczenie dla

szerokiego rynku, gdy w ostatnim tygodniu publikacje wpływały tylko na

pojedyncze spółki, a szeroki rynek zachowywał się zgodnie z obowiązującą

tego dnia interpretacją danych makro i momentu podwyżki stóp. Trochę w tym

racji, dlatego wypowiedzi członków FED i Beżowa Księga będą najważniejsze,

ale do tej pory wyniki spółek można powiedzieć, że były tylko zwiastunem

tego co opublikowane zostanie w najbliższych dwóch tygodniach. Przed taką

serią publikacji oczywiście jest wielu inwestorów, którzy prognozują

dobre/złe wyniki i zajmują odpowiednią pozycję. Jednak im dłużej ktoś

inwestuje na rynku tym bardziej się przekonuje, że w takich momentach nie ma

sensu zgadywać często irracjonalnych zachowań rynku, a czekać gdy

emocje/wahania opadną i po przetrawieniu wszystkich publikacji rynek

rozpocznie mocniejszy ruch mając odkryte wszystkie karty. Tak samo jak nie

wyprzedza się sygnałów kupna/sprzedaży przed wykreśleniem danej formacji,

tak w tak gorącym okresie w USA należałoby nieco ostrożniej, a przede

wszystkim bez emocji tłumu podchodzić do inwestycji, obojętnie czy to w

waluty, czy na rynku akcji i towarów.

Załóżmy jednak, że GPW na nic się nie ogląda. Jakie ma perspektywy na

najbliższe tygodnie ? Żałosne - i bynajmniej nie jest to prognoza spadków,

ale ocena sytuacji, w której na parkiet z brudnymi butami powrócili

politycy. Chwila spokoju "na konsultacje" już się skończyła i zaczyna się

polityczna wojna. Po pierwsze o powołanie nowego rządu, po drugie o

wykorzystanie unijnej akcesji do wyborczej promocji (patrz LPR, czy

Samoobrona), no i w końcu po trzecie, najważniejsze dla rynków - wojna o

plan Hausnera. Nie będę opisywać sporów politycznych na tym tle, bo w

codziennej prasie temat opisywany jest bardzo szeroko. Najlepszym jego

podsumowaniem, a zarazem tekstem tygodnia, była wypowiedź przedstawicieli

partii idącej w kierunku populistów (jak zapowiadał nowy prezes), czyli PSL.

Tak naprawdę należałoby pochylić głowę z politowania i spuścić zasłonę

milczenia na tego typu propozycję, ale one pojawiają się nie dla rozgłosu, a

jako faktyczna recepta na trudną sytuację finansów publicznych, a to już

przeraża. Mowa tutaj o propozycji PSL, by natychmiast zaprzestać reformy

finansów publicznych (cięcia socjalne) i zamiast tego wprowadzić

korzystniejszą, unijną metodę liczenia długu publicznego. Jak kogoś Bozia

chce poka. Taki krok

natychmiast uspokoiłby rynki finansowe, że całkiem realne rozbicie się długu

publicznego o barierę 60% PKB nie będzie miało miejsca. Wszyscy bowiem zdają

sobie też sprawę, że zbilansowanie budżetu w obecnej konfiguracji

politycznej i sytuacji gospodarczej jest po prostu niewykonalne - w

przeciwieństwie do zmiany konstytucji, a tego zagraniczni inwestorzy bardzo

by się przestraszyli (zdanie wytrych - czytaj zarządzaliby wyższej

rentowności). Równie makabrycznym pomysłem przy dojściu do 60% byłyby

interwencje na rynku walutowym (wzmocnienie złotego), lub zwrócenie się do

banku centralnego, by wykupił część polskiego długu za posiadane rezerwy.

Czarny scenariusz i na pewno uprzedzi go przejście na ESA-95 a im szybciej

tym lepiej - tylko to można o tym napisać, a nie że nowa metodologia zastąpi

Plan Hausnera. Brrr. Do tego wszystkiego warto przypomnieć, że nie jest

jeszcze jasne jak księgować przelewy do OFE, więc tak naprawdę może się

okazać, że upiększanie cyferek przy długu publicznym nie będzie tak wyraźne

jak się teraz tego oczekuje.

Polityka polityką, a rynek swoje - oczywiście można tak założyć, co

wcześniej bardzo często okazywało się słuszne. Wręcz często zamiast

wystraszenia zagranicznych inwestorów, mieliśmy jedynie ścianę strachu po

której indeksy szybko się wspinały. Wykreślenie polityki wcale jednak nie

wyjaśnia sytuacji, o czym szerzej pisaliśmy już w codziennych komentarzach

od środy. Do tego momentu sądziłem bowiem, że to będzie ostatnia fala

wzrostowa, zakończona "wyciśnięciem" niedźwiedzi i na rynku zagości bardzo

duży optymizm wyrażany albo euforycznym wzrostem, albo bardzo silnym

rozciągnięciem bazy. Byłoby to analogiczne wyznaczenie szczytu, do tego z

lutego i marca. Wtedy także najpierw przebiliśmy szczyt z poprzedniego

miesiąca (10/02) oraz (01/03) i po kilku sesjach realizacji zysków dopiero

kolejna, ostatnia mini-fala wzrostowa z dużym impetem ustanawiała górki.

Teraz po przebiciu szczytu (04/06) brakowało jeszcze tego ostatniego ruchu.

Środowy dynamiczny wzrost takim był, ale wbrew wcześniejszym oczekiwaniom

nie był to żaden euforyczny ruch. Baza w tym ruchu jedynie wróciła do

wartości teoretycznej, a nie przekroczyła +30-40 pkt. Do tego wszystkiego

zabrakło zleceń stop ze strony krótkich pozycji, co wskazuje na sporą

pewność niedźwiedzi, wyrażaną także na kolejnych sesjach, a zwieńczoną

wzrostem Wigometru jedynie o 6 pkt. do wartości minus 15 pkt. Żadne nastroje

na rynku terminowym nie wykluczą tego, że mogliśmy nawet zrobić już szczyt

całej hossy, ale taki pesymizm inwestorów to spora gwarancja tego (po części

już potwierdzona na czwartkowo/piątkowej sesji), że nie zrobimy natychmiast

zwrotu i nie ruszymy do głębokiej wyprzedaży. Na dzisiaj najważniejszym

pierwszym wsparciem pozostają luki hossy, a oporem szczyty całego wzrostu,

które jednocześnie są przy górnym ograniczeniu klina zwyżkującego na

Kontrakty.gif i kanału na Indeks.gif

Podsumowując - dzisiaj najgorsza ze wszystkich rekomendacja, czyli zachęta

do czekania na wyraźniejszy impuls, co uparcie robię od środowej sesji. Taki

wybór to efekt połączenia prognozowanej wcześniej ostatniej fali wzrostowej,

z brakiem kapitulacji niedźwiedzi, lub innego sygnału euforii wyrażanego

choćby obrotami. Po kolejnych dwóch sesjach konsolidacji zachęta do stania z

boku ulec zmianie nie może, tym bardziej przy ostatniej politycznej

niepewności i ciężkim tygodniem w USA, gdzie inwestorzy bardziej będą

kierować się emocjami wywołanymi przez Greenspana, niż faktycznym stanem

gospodarki.

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama