Mogłoby, gdyby nie parę "drobiazgów". Naprawdę niewielkich. A to makler "przypadkowo" pomylił pozycje w zleceniu i załamał na chwilę rynek kontraktów terminowych, a to ktoś inny "przypadkowo" zarobił dzięki temu kilka milionów złotych w jednej chwili, a to wreszcie pokazywanie wyprostowanego, środkowego palca inwestorom mniejszościowym stało się czymś powszechnym i budzącym coraz mniej sprzeciwu i oburzenia.
Nagle, w momencie wzrostu zainteresowania giełdą papierów wartościowych, który stał się szansą do przywrócenia jej właściwego miejsca w gospodarce, budowanie wizerunku instytucji wiarygodnej i budzącej zaufanie przestało być ważne. Nagle zapomniano, że brak zaufania do rynku kapitałowego jest równoznaczny z jego marginalizacją. Przecież nie ma się co łudzić, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach zainwestuje ciężko zarobione pieniądze w miejscu, które nie gwarantuje minimum ochrony praw inwestorów. I znowu giełda w Polsce będzie postrzegana jako instytucja, którą rekiny finansjery wykorzystują do podejrzanych interesów i na której drobni gracze tracą majątki swojego życia.
Przedsiębiorcy grzecznie i pokornie wrócą do banków, akceptując monopolistyczną pozycję tego sektora w finansowaniu przedsięwzięć inwestycyjnych i godząc się na to, aby to bankowi urzędnicy, a nie rynek, decydowali o tym, czy ich projekty mają szanse powodzenia, czy są skazane na porażkę. Czy tak być musi? Nie, ale decydującą rolę odgrywa tutaj czas, który politycy i osoby mające wpływ na rynek kapitałowy potrzebują, aby zrozumieć, że nie tylko nie istnieje ludowładztwo bez ludu, kapitalizm bez kapitału, ale również prawdziwie wolna i rynkowa gospodarka bez giełdy papierów wartościowych. I nie chodzi tu bynajmniej o budynek czy modne miejsce, gdzie można się korzystnie pokazać, podnosząc swój prestiż. Chodzi o instytucję, która będzie w stanie podjąć realną walkę z systemem bankowym o prymat w kształtowaniu przepływów kapitałowych w polskiej gospodarce.