Umowa o wymianie danych osobowych została już zatwierdzona przez władze UE i to pomimo oporu ze strony Parlamentu Europejskiego, występującego w obronie prawa do prywatności obywateli. Ma ona zastąpić tymczasowe regulacje wprowadzone w życie w marcu 2003 r., w następstwie ataków terrorystycznych. Parlament w Strasburgu przekazał kwestię legalności wymiany danych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Według nowej umowy, obie strony mają dzielić się 34 informacjami, w tym numerami kart kredytowych pasażerów, pełną trasą przelotu, numerami telefonów i miejsc zajmowanych w samolocie. Stany Zjednoczone w tym przypadku narzuciły swoje stanowisko, powołując się przede wszystkim na kwestie bezpieczeństwa. Waszyngton grozi liniom lotniczym grzywnami do 6000 dolarów na każdego pasażera, o którym nie otrzymają wyczerpujących informacji. Europejskie organizacje broniące praw do prywatności grożą z kolei przewoźnikom procesami sądowymi za przekazywanie danych o pasażerach.

Jeszcze trudniejsze negocjacje toczą się w sprawie "otwartego nieba". Według amerykańskiego sekretarza transportu Normana Minety, nie jest realne sfinalizowanie tej umowy przed szczytem UE-USA zaplanowanym na koniec czerwca. Kolejna runda negocjacji odbędzie się w drugiej połowie maja, ale stanowiska obu stron są zbyt odległe, aby mogło dojść do kompromisu. Kwestię połączeń transatlantyckich da się stosunkowo łatwo rozwiązać. Głównym przedmiotem sporu jest jednak problem otwarcia dla przewoźników z UE wewnętrznych połączeń w Stanach Zjednoczonych. Mineta deklaruje oficjalnie, że USA są skłonne zwiększyć udział obcych linii lotniczych na wewnętrznych trasach z obecnych 25% do 49%. Stanowisko to jednak spotyka się ze zrozumiałą niechęcią amerykańskich przewoźników, dla których obsługa krajowych połączeń jest głównym źródłem dochodu.