Spółka tłumaczy wybór brakiem innych kandydatur i nieobecnością na ostatnim walnym zgromadzeniu, gdy dokonywano poszerzenia rady, przedstawicieli akcjonariuszy mniejszościowych, którzy mogliby zgłosić własne propozycje. MacroSoft twierdzi także, że przez ostatnich pięć lat na zgromadzeniach nie pojawił się żaden z reprezentantów drobnych inwestorów, oprócz Adama Kalkusińskiego, który pracował kiedyś m.in. w CA IB, a także posiadał niewielki pakiet akcji MacroSoftu. Przez pewien okres zasiadał w radzie informatycznej spółki. Zdaniem firmy "przemawia to najlepiej przeciw powoływaniu przedstawicieli akcjonariuszy mniejszościowych (skupiających 25% kapitału akcyjnego) do rady nadzorczej, gdyż nie są tym zainteresowani".

Dlatego udziałowcy (zresztą sami zasiadający w radzie) zdecydowali, że dobrze będzie, jeśli jej nowymi członkami będą osoby spokrewnione z nimi. - Uważamy, że dokonaliśmy najlepszego wyboru - mówi Piotr Stalęga, rzecznik spółki. MacroSoft chce w ten sposób zaprotestować przeciwko zapisom kodeksu, które nie przystają do realiów gospodarczych. "W przypadku mniejszych spółek o dużej koncentracji kapitału obligatoryjne forsowanie wieloosobowych rad nadzorczych prowadzi do fikcji i nieuzasadnionych kosztów" - pisze spółka.

Komentarz

MacroSoft wybrał bardzo ciekawy sposób zamanifestowania swojej opinii na temat większych rad nadzorczych. Zdaniem firmy, 20-letni student geodezji wniesie do spółki spory wkład wiedzy i będzie "miał oko" na wszystko, co się w niej dzieje. Dodatkowo będzie z tego tytułu pobierał wynagrodzenie. Na szczęście w tym przypadku (1000 zł za kwartał) jest ono zapewne adekwatne do kwalifikacji. Szkoda, że MacroSoft nie zdecydował się dokooptować do rady nadzorczej niezależnych ekspertów z dziedziny zarządzania czy ekonomii, którzy mogliby wnieść sporo świeżej krwi, co z pewnością przydałoby się tak rodzinnej firmie, jaką teraz jest MacroSoft.