Pracuje Pan w branży turystycznej niemal 30 lat. Jak ocenia Pan jej rozwój?
Jestem rozczarowany. Po eksplozji pionierskiego rozwoju na początku lat dziewięćdziesiątych, turystyka przeszła przez wiele zakrętów związanych z kryzysami światowymi i wstrząsami, pozostając tak naprawdę na tym samym etapie. Pasjonowaliśmy się turystyką wyjazdową, nie przywiązując odpowiedniej wagi do rozwoju w kraju. W konsekwencji większość firm, które nie mają dopływu wiedzy z zagranicy, ma nieatrakcyjną ofertę, kreuje wysokie koszty i postępuje w sposób nieefektywny. Szczególnie widać to w hotelarstwie - istnieje przepaść między technologią wniesioną przez zachodnich inwestorów a lokalnymi przedsiębiorcami. A, jak pokazują przykłady innych krajów, właśnie miejscowe hotele rodzinne, pensjonaty, agroturystyka tworzą podstawę szerokiej bazy noclegowej. Wyrafinowane hotele sieciowe są jedynie jej wąskim elementem.
Gdzie leży problem?
Przede wszystkim w kadrach. Brakuje dobrze wykształconej kadry zarządzającej średniego i wyższego stopnia. Dla przykładu - w inwestycje hotelowe zaczyna lokować się naprawdę potężne pieniądze. Widać, że są możliwości. Popełniane są jednak błędy już w fazie projektowania samych budynków. Jeśli ktoś chce prowadzić "tani hotel", to nie może to być jedynie hasło marketingowe. Oznacza to, że cały ciąg technologiczny - od niezbędnej liczby osób zatrudnionych w obsłudze, po energię i surowce - jest skonstruowany w sposób jak najbardziej ekonomiczny.
Jak rozwiązać problem? Po trzykroć edukacja. I nie chodzi tu o półprodukty, jakimi są liczne szkoły hotelarstwa i zarządzania w turystyce. Jestem zdziwiony, że oferują one tak słaby produkt i wypuszczają tak słabych absolwentów. Trzeba przyznać, że dużą przeszkodą w kształceniu, jeśli chodzi o obsługę bezpośrednią, jest brak praktyk. Ostatnie lata były chude dla hotelarstwa czy turystyki, stąd podmioty z branży w znaczącym stopniu zamknęły drzwi przed studentami.