Wczorajszej sesji nie można odebrać inaczej, niż jako małego żartu z rynku. Początek notowań oraz prawie cała sesja to seria dobrych żartów. Do śmiechu było oczywiście bykom, bo ceny powoli zbliżały się do poziomu luki bessy z 10 maja.
Otwarcie notowań 8 pkt nad zamknięciem ze środy było już sporym wzrostem, zważywszy że nie było zbyt dużo pozytywnych informacji, które miałyby pomóc popytowi. Okazuje się, że to był tylko początek. Po powolnym spadku ceny powróciły w okolice otwarcia. Później przyszedł czas na południową konsolidację.
Najciekawiej wyglądała dopiero druga część sesji. Wtedy do akcji weszły kosze zleceń. Indeks szybko zyskiwał na wartości pchany w górę przez kolejno rzucane koszykowe zlecenia kupna. Kontrakty szły za tym wzrostem i właśnie to było zadziwiające. Wzrost na kasowym miał bowiem bardzo małe szanse na kontynuację. Nie towarzyszył mu żaden godny uwagi obrót, a trzeba pamiętać, że znajdowaliśmy się tuż przy luce bessy. Czy ta miała być atakowana przy tak małej aktywności? Kto miałby kupić akcje po tak słabym sygnale?
Na te pytanie nie było odpowiedzi, a kontrakty doszły aż do 1711 pkt. Ten poziom okazał się szczytem sesji. Wraz z rozpoczęciem ostatniej godziny notowań przewagę uzyskała podaż. Tu od razu widać było aktywność i wzrost obrotów.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Przebieg końcówki sesji wydaje się jednoznaczny. Wcześniejsze próby podniesienia rynku miały za zadanie wciągnąć graczy. Wydaje się, że teraz przyszedł czas na powrót do trendu, czyli będziemy zbliżać się do poziomu dolnego ograniczenia ostatniej konsolidacji. Jest nim dołek tuż nad 1600 pkt. Nie sądzę, by po takiej akcji popytu ktoś jeszcze chciał ryzykować kapitał dla kolejnej próby zamknięcia luki bessy. Na taki sygnał będziemy jeszcze musieli trochę poczekać.