Rynek przyzwyczajony jest do tego, że kierunek, przynajmniej z grubsza, pokazywany jest przez giełdy amerykańskie, wczoraj nie potrafił się znaleźć. Brak notowań w USA sprawił, że gracze stracili orientację. Jest to o tyle ciekawe, że przecież warszawska giełda nie zawsze jest ściśle skorelowana z rynkiem zza oceanu. Często jest też tak, że korelacja ta jest ujemna. Mimo to gracze czują się pewniej, jeśli wiedzą, co o wydarzeniach na świecie myśli Wall Street.
Brak notowań w Stanach przełożył się na daleko posuniętą ostrożność co do podejmowanych decyzji inwestycyjnych. Problemem nie było zresztą tylko święto za oceanem, lecz także dość ważny poziom notowań z punktu widzenia analizy technicznej. W piątek udało się bykom utrzymać blisko luki bessy z 10 maja br. Wczoraj rynek także wahał się w tej okolicy. Trzeba było liczyć się z tym, że znajdzie się ktoś, kto zaryzykuje atak na opór. Wprawdzie taki scenariusz był mniej prawdopodobny od marazmu, to jednak mamy już w historii notowań dni, które z założenia miały być spokojne, a wyrywały rynek z uśpienia. Nikt taki się jednak nie znalazł. Świadczy to o roztropności rozgrywających, gdyż ewentualne sygnały wyjścia nad opór były obciążone poważną wadą w postaci niskiego obrotu. Wiemy przecież, że właśnie wartość obrotu jest dobrym narzędziem weryfikującym sygnały rynkowe. Wybicie, by było wiarygodne, musi być potwierdzone wysoką aktywnością inwestorów. Wczoraj nie było na to szans.
Są za to dziś. Atak na lukę jest możliwy, choć byłby bardzo ostrożny w błyskawicznym odtrąbieniu zwycięstwa byków. Wcześniejszy spadek był zbyt szybki. Obecna zwyżka jest dopiero pierwszą większą jego korektą. Wydaje się, że jest jeszcze za wcześnie, by myśleć o większych wzrostach, a o takich trzeba by myśleć, podejmując decyzję o kupnie już nad poziomem luki.