Pamiętam dokładnie dyskusję, jaka rozgorzała rok temu na temat planu naprawy finansów publicznych. Poznaliśmy wtedy projekt przygotowany przez premiera Grzegorza Kołodkę, który ciął niezbyt wiele, posiłkował się za to np. środkami z rezerwy rewaluacyjnej. Krytyka jego koncepcji była dość powszechna, oponentem był również ówczesny minister gospodarki (ale jeszcze nie wicepremier) Jerzy Hausner. Co prawda, oficjalne wypowiedzi pełne były kurtuazyjnych wstawek, jednak wszyscy wiedzieli, że w łonie rządu mamy konflikt. Zresztą w pewnym momencie kurtuazja się skończyła i panowie zaczęli wypowiadać się o pomysłach drugiej strony w bardziej dosadny sposób. Nie o tym jednak.
W końcu nadszedł czas Jerzego Hausnera, który dostał szanse realizacji własnego projektu naprawy finansów publicznych. Część osób odetchnęła, część zaś nabrała nadziei na to, że otworzyła się szansa nie tylko unowocześnienia, odbiurokratyzowania i odchudzenia administracji, ale i przeprowadzenia zdecydowanych zmian progospodarczych. Hausner dał się bowiem poznać jako człowiek otwarty i sprzyjający np. przedsiębiorcom, co podkreślali dość zgodnie ich przedstawiciele. Program zapowiadano z należnym hukiem marketingowym, tyle tylko, że wciąż poruszano się w sferze koncepcji, delikatnie mówiąc, dość ogólnych. Termin prezentacji szczegółów wciąż odkładano. Odczuliśmy to wszyscy. To właśnie wtedy pogorszyły się nastroje na rynkach finansowych, kurs euro zbliżył się do 5 złotych. Ale byliśmy cierpliwi, chodziło przecież o najważniejszy program w ostatnich 15 latach, tak w każdym razie szumnie go nazywano.
Kiedy w końcu poznaliśmy projekt, dość szybko okazało się, że co prawda jest on bardziej szczegółowy od głoszonych wcześniej haseł, ale to wciąż jedynie zarys. Mimo wszystko byliśmy w miarę zadowoleni. Cięcia miały zamknąć się kwotą około 35 mld złotych, co uznano za minimum, ale jednak wystarczające. Przynajmniej na razie. Hausner postanowił poddać swoje pomysły konsultacji społecznej. Zabrały one kolejne miesiące, aż wreszcie, choć również na raty (jakżeby inaczej), na początku 2004 roku poznaliśmy ostateczną wersję programu. I tu rozczarowanie. Okazało się bowiem, że cięcia są znacznie mniejsze, niż pierwotnie zapowiadano, a znaczna część tzw. oszczędności w emisjach obligacji wynika po prostu z podniesienia podatków, czy też parapodatków. Masz babo placek! Pisałem już zresztą na ten temat dwa miesiące temu.
Ale co było robić, cieszyliśmy się choćby z tego, mając nadzieję, że program będzie sprawnie przyjmowany przez parlament. Wtedy jednak zaczęły się nawarstwiać problemy polityczne, ich skutkiem była dymisja rządu premiera Leszka Millera. Zamieszanie polityczne wstrzymało realizację reformy. Parlament, ze zrozumiałych względów, nie może się teraz zajmować ustawami związanymi z planem Hausnera. Jakby tego było mało, coraz częściej mówi się o konieczności reformy planu. Czyli jeszcze go nie ma, a już będziemy go modernizować. Mówił o tym premier Marek Belka, mówiła o tym również wicepremier Izabela Jaruga Nowacka, choć, niestety, chyba nie uzgadniali między sobą wersji, bo się one dość mocno różniły... Jak się do tego jeszcze doda kolejną falę radosnej twórczości posłów, w tym również tych, którzy mają tworzyć zaplecze parlamentarne dla nowego rządu, to można zacząć się martwić. Dziennikarze doszukali się 11 miliardów złotych różnego rodzaju dodatkowych wydatków proponowanych w ostatnim czasie. Cóż, dochody budżetu wzrosły, jego sytuacja się w związku z tym trochę poprawiła, a wybory coraz bliżej...Wniosek? Ano taki, że powoli cała koncepcja zmian nam się rozmywa. Najpierw miało być nieźle (35 mld oszczędności), potem było już tylko gorzej. Ale jeszcze w lutym wydawało się, że chociaż jakieś podstawowe reformy zostaną wprowadzone. Teraz to już w ogóle nic nie wiadomo, a może się jeszcze skończyć następną falą rozdawnictwa. Hausner twierdzi, że jeśli nie będzie kontynuacji planu, to odejdzie. Problem w tym, że coraz mniej polityków zdaje się przejmować jego groźbami. Niestety.