Już dawno było wiadomo, że piątkowa sesja będzie tylko mało przyjemnym obowiązkiem odbębnienia notowań. Czemu mają służyć takie sesje? Nie wiem. Obrót na najpłynniejszej serii kontraktów nie przekroczył 4 tysięcy sztuk. Można odnieść wrażenie, że transakcji dokonywano pro forma. Jestem ciekaw, ile w tym było obrotu inicjowanego przez animatorów. Na kasowym było jeszcze gorzej. Nie dajmy się zmylić wielkością obrotu. To, że przekroczył on na spółkach z WIG20 wartość 100 mln złotych, to jedynie zasługa wymian, jakie miały miejsce na PEO i TPS. Tak, to chyba jedyny powód przeprowadzenia sesji. Możliwość dokonania umówionych wcześniej transakcji bez obaw, że większa aktywność może popsuć.

O samej sesji nie ma co pisać. Kursy po lekkim porannym spadku powróciły w okolice zamknięcia ze środy. Maks sesji został wyznaczony 3 pkt nad tym poziomem, a notowania skończyły się raptem 1 pkt pod.

Zmieńmy skalę. Czy wczorajsza sesja wpłynęła na obraz techniczny rynku? Nie. Jeszcze przed czwartkiem wykres ceny kontraktu na WIG20 wyszedł poza obszar kanału wzrostowego. Można to wprawdzie odebrać jako sygnał sprzedaży, ale problem polega na tym, że tu ciężko mówić o wybiciu. Rynek powoli się osuwa i jakby przypadkowo opuścił formację. Powoduje to utrudnienie interpretacyjne. Nie mamy bowiem do czynienia z poważnym atakiem, a sygnał zdaje się być przypadkowy. Wczorajsza sesja go nie potwierdziła. Zresztą nie należało tego oczekiwać, bo tu potrzebny jest także obrót, którego z założenia miało wczoraj nie być. Niestety. Podaż ma wprawdzie niewielką przewagę, ale musimy poczekać na potwierdzenie tego faktu. Nie potrwa to długo. Pewnie już w poniedziałek sytuacja się wyklaruje. Będziemy wiedzieć, czy to jeszcze korekta, czy też już powrót do trendu spadkowego.