Jacek Chwedoruk: Poruszyli panowie ciekawą kwestię obecności inwestora strategicznego w spółkach publicznych, która jest charakterystyczna dla giełd Europy Środkowowschodniej. W roli tej występują głównie duże koncerny międzynarodowe, ale również prywatni założyciele lokalnych firm. Taką rolę odgrywa też często Skarb Państwa, oferując w kolejnych emisjach mniejszościowe pakiety i zachowując pakiet kontrolny, który wcale nie musi przekraczać 50%. Nowi akcjonariusze przystępujący do takich spółek stają się od razu zakładnikami tego dużego i w swojej kalkulacji muszą uwzględniać fakt, że jeżeli nie zgadzają się z wolą dużego to niewiele mogą zrobić, co najwyżej sprzedać akcje. Nie można więc mieć pretensji do Skarbu, że korzysta ze swojej siły głosu. Problem zaczyna się, jeżeli sposób głosowania jest z biznesowego punktu widzenia irracjonalny lub dominium miesza się z imperium.
Stanisław Sołtysiński: Skarb Państwa to jest państwo i nie da się zupełnie oddzielić polityki od zajmowania się sprawami gospodarczymi. Można oczywiście dawać jakieś idealizujące odpowiedzi, czym powinien być interes Skarbu Państwa, ale to są zabiegi zupełnie bezpłodne. Każdy interes Skarbu Państwa na danym etapie, to będzie interes tych ludzi którzy są przy władzy. Tak jest niestety, w każdym systemie. I zdając sobie sprawę z tej ułomności chyba należy opowiedzieć się za aktywną obecnością Skarbu Państwa tylko w najbardziej istotnych przedsiębiorstwach, które mają znaczenie z punktu widzenia strategicznego interesu państwa. Tu bym wyodrębnił dwie sytuacje. Jednak jeśli Skarb Państwa chce być aktywnym graczem i wpływać w sposób decydujący na daną spółkę (mówię o spółce giełdowej), to musi mieć pakiet między 20 a 30% kapitału zakładowego i być przygotowany na to, żeby również inwestować, tak aby przy pierwszym podwyższeniu kapitału zakładowego jego udział nie został już zredukowany. I to jest dylemat każdego ministra Skarbu Państwa, który nie dysponuje dziś funduszami na utrzymanie swej pozycji nawet w strategicznych spółkach. Sądzę, że projekt "złotej akcji", który polega na przyjęciu jedynego rozwiązania jakie uznał za zgodne z traktatem europejskim Trybunał Sprawiedliwości, jest pomysłem na to, jak ułatwić Skarbowi Państwa wyjście z takich spółek, jak Orlen przy zachowaniu wpływu na sferę takich decyzji biznesowych spółki, które mogą negatywnie odbić się na bezpieczeństwie państwa. Belgijski model "złotej akcji" zakłada w istocie wykonywanie przez ministra ,,imperium", a nie ,,dominium". Bardzo wiele osób nie rozumie tego problemu, sądząc, że to jest zamach na własność i próba renacjonalizacji. Pytanie moje brzmi tak: Czy wolicie, Państwo, aby minister skarbu miał ponad 30% akcji w Orlenie, czy też żeby mógł mieć prawo weta, ale post factum, bez żadnej potrzeby ubiegania się przez zarząd spółki uprzednio o zgodę na decyzję biznesową, aby np. magazynować połowę lub większość zapasów za granicą, chociaż z punktu widzenia gospodarczego może to być taniej niż budowa magazynów w Polsce. Oczywiście, weto powinno być zaskarżalne w sądzie. Projekt ustawy "złotej akcji", który jeszcze będzie przedmiotem dalszych prac i dyskusji, trzeba rozumieć przez pryzmat obowiązującego prawa europejskiego. Na większości konferencji zadają mi takie pytanie: czy jeżeli minister dojdzie do wniosku, że zakup ropy od firmy X jest niekorzystny dla sektora chemicznego, w którym Skarb Państwa jest istotnym właścicielem, to czy może on wetować decyzję zarządu spółki o zmianie dostawcy? Są trzy orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, które mówią, że interes finansowy i interes ekonomiczny Skarbu Państwa nie może być podstawą interwencji. Wielu dyskutantów nie rozumie, że przy pomocy "złotej akcji" nie można wpływać na skład akcjonariatu, lecz tylko na strategiczne decyzje, które zagrażają bezpieczeństwu państwa lub innemu ważnemu interesowi publicznemu określonemu w traktacie europejskim. Przecież już od kilku lat wiadomo, że nie można umieścić na liście spółek strategicznych objętych reżimem "złotej akcji" instytucji finansowych. Więc nawet gdyby Skarb Państwa był tym zainteresowany, ani bank, ani fundusz emerytalny, ani zakład ubezpieczeń nie mogą się na tej liście znaleźć. Mogą na niej być tylko takie spółki, jak Orlen, PGNiG czy być może PKP. Krótko mówiąc, projekt ustawy może ułatwić zmniejszenie udziałów Skarbu Państwa, jeżeli uda się ograniczyć listę spółek strategicznych do objętych reżimem belgijskiej "złotej akcji" kilku, czy maksimum dziesięciu firm. To jest to cały problem. Wiem, że w tym momencie pan minister ma na biurku wnioski tych spółek. Gdyby ich było znacznie więcej, wtedy dopiero powstałby problem.
Jacek Socha: Spółek, które mają istotny wpływ na bezpieczeństwo państwa, powinno być kilka. Dlatego trzeba projekt doprecyzować, by określić granicę rozszerzenia zapisu, szukając wspólnego mianownika, jakim jest interes publiczny. Natomiast jeżeli chodzi o sprawę nadzoru właścicielskiego, to jako rząd mamy horyzont taki, jaki mamy. Ja przygotowuję przede wszystkim sprawy, które zapewnią grunt do wprowadzenia innych metod nadzoru właścicielskiego. Nie można tego zrobić w krótkim czasie, chyba że ktoś chce zrobić rewolucję. Jeżeli chodzi o prywatyzację, pytanie jest następujące: prywatyzujemy tylko to, co jest złe? Czyli sprzedajemy coś, z czym państwo nie daje sobie rady? Powiem tak: przyjąłem koncepcję, że jako minister skarbu przede wszystkim będę prywatyzował poprzez giełdę. Uważam, że minister skarbu jest zobowiązany poprzez fakt coraz szybszego rozwoju systemu emerytalnego w formie skapitalizowanej, dać podaż spółek co najmniej w okolicach 1,5 mld zł, które mogą nabywać OFE. Reszta musi być obudowaniem, żeby to było płynne, dobrze wycenione, bo sektor prywatny to jest w dalszym ciągu drobnica i nie wystarczy, by zakumulować te środki.
Cezary Stypułkowki: Minister Socha poruszył fundamentalną kwestię. Z punktu widzenia żywotności naszego rynku kapitałowego straciliśmy kilka lat. Zbyt dużo pozycji zostało sprzedanych strategicznym inwestorom w ułomnej formule, o której mówił wcześniej prezes Chwedoruk. Na rynku kapitałowym mamy znaczny przypływ środków z funduszy emerytalnych, ale nie bagatelizujmy również potrzeby dokapitalizowania firm średnich i małych poprzez rynek kapitałowy. Wydaje mi się, że proces, który miał miejsce w drugiej połowie lat 90., na początku znacznej rewitalizacji rynku kapitałowego, a potem jego istotnego spowolnienia przesądził o znacznie wyższej penetracji kapitału zagranicznego w różnych obszarach polskiej gospodarki. Z drugiej strony bardzo ograniczyło to pojemność rynku kapitałowego i tym samym utrudniło procesy inwestycyjne funduszom emerytalnym oraz ograniczyło dostęp rosnącym firmom do tego kanału pozyskania kapitału.
Lidia Zakrzewska: Czas przeznaczony na dyskusję się kończy, proszę o konkluzję głównego tematu.