Jedenaście dużych zagranicznych funduszy inwestycyjnych działających w Rosji, zaniepokojonych sytuacją wokół Jukosu, poprosiło w końcu czerwca prezydenta Władimira Putina o spotkanie. Bezpośredniej odpowiedzi się nie doczekali, a z Kremla odesłano ich do rosyjskiej komisji papierów wartościowych. Rzecznik rządu ograniczył się tylko do stwierdzenia, że instytucja nadzorująca rynek to najlepsze miejsce do takiej dyskusji i przestał komentować sprawę.
- To bardzo frustrujące, że Kreml bezpośrednio nie zareagował na nasze apele - powiedział agencji Bloomberga Iwan Mazałow z moskiewskiego funduszu Prosperity Capital Management. Jedenaście instytucji, które napisały list do rosyjskiego rządu, dysponuje na świecie niebagatelnym kapitałem rzędu 3 bilionów dolarów. W grupie tej znalazły się takie tuzy, jak amerykańska rodzina funduszy Janus czy niemiecka Deka Investment.
Jukos - największy rosyjski eksporter ropy naftowej i najbardziej zyskowna spółka z tego kraju w ub.r. - stoi na krawędzi bankructwa. Władze skarbowe zażądały bowiem od niej spłaty zaległych podatków aż 3,4 mld USD. Na rynku mówi się, że była to decyzja polityczna, a prezydent Putin w ten sposób chciał wyeliminować z gry przeciwnika politycznego - Michaiła Chodorkowskiego (siedzi w areszcie) i przejąć wpływy w Jukosie.
Od 12 kwietnia br., kiedy pojawiły się pierwsze informacje, że koncern naftowy może zbankrutować, indeks moskiewskiej giełdy - RTS - stracił aż 30%. Wcześniej, w latach 2001-2003, zagranica zachęcona prorynkową polityką Kremla, mocno inwestowała w Rosji, dzięki czemu RTS był jednym ze światowych liderów wzrostu (zyskał na wartości prawie czterokrotnie).
Bloomberg