Wartość obrotu akcjami z WIG20 nie przekroczyła wczoraj pierwszej setki. Od handlu odciągały wydarzenia w Rosji i wyczekiwanie na bardzo ważne dane z amerykańskiego rynku pracy. Wczoraj była to wyjątkowo uważnie wyczekiwana publikacja. Po pierwsze, w ostatnich dwóch miesiącach inwestorzy bardzo się rozczarowali (trochę niepotrzebne, bo tak niski odczyt to też zasługa uwzględnienia sezonowości), a po drugie, w poniedziałek jest święto w Stanach, więc wiadomo było, że wynik piątkowej sesji ustawi nastroje dla Eurolandu na kolejne dwa dni.
Niestety, sama publikacja nie była tak zaskakująca, by mogła dać impuls także naszemu rynkowi. Większa w tym wszystkim strata byków, bo jeśli spojrzymy na wykres, to wygląda na to, że to ta strona jest teraz w opałach. Cały tydzień systematycznie poprawialiśmy szczyty trendu wzrostowego zapoczątkowanego w połowie sierpnia. Wszystko na poziomie górnego ograniczenia trzymiesięcznej konsolidacji, a więc taki impuls za każdym razem powinien wywoływać wzmożony popyt. Zamiast tego był szybki zwrot na południe.
Wszystko to sprawiło, że można wyrysować na wykresie kontraktów klin zwyżkujący. Szczerze mówiąc uważam, że większa skuteczność tej formacji jest wtedy, gdy występuje jako zapowiedź kontynuacji trendu, a nie przy szczycie krótkoterminowego trendu, który w dłuższym terminie jest tylko ruchem w ramach wielomiesięcznej konsolidacji. Nie znaczy to jednak, że należy o tym zapomnieć. Z racji malejących obrotów (pewnie jeszcze gorzej będzie w świąteczny amerykański poniedziałek) należałoby poczekać, czy zbliżające się w przyszłym tygodniu wybicie potwierdzone zostanie wyraźnym wzrostem obrotów. Domyślnie zakładać trzeba, że będzie to ruch na południe, po którym wrócimy (na chwilę) w okolice 1685 pkt.