Po weekendzie inwestorzy na całym świecie przystąpili do handlu na rynkach, ale szybko się okazało, że popełnili falstart. Ten tydzień bowiem faktycznie zaczyna się we wtorek. Kto sprytny, domyślił się, że świat tańczy, jak USA mu zagra, a że w USA wczoraj nie grali, to i tańców nie było. Sesje na całym świecie były senne i właściwie sprowadzały się do przeczekania tej krępującej sytuacji.
Od samego początku do końca notowania kontraktów oraz akcji przebiegały spokojnie. Świadczy o tym choćby niewielki obrót, jaki wczoraj zanotowano. Ciszę na rynku próbowano przerwać skokami indeksu po 4-5 pkt. Nie można tego uznać za nic innego, jak zabawę znudzonych graczy. Nie miało to bowiem żadnego wpływu na notowania kontraktów ani samych akcji. Na uwagę może zasługiwać jedynie końcowy wzrost cen, który w efekcie przyniósł zamknięcie blisko maksimum notowań. Nie był to jakiś dynamiczny atak, ale jak na wczorajszą sesję aktywność była spora.
Zamknięcie notowań na poziomie 1742 pkt może oznaczać oczekiwane wybicie nad opór. Optymiści będą się tego z pewnością trzymać. Pesymistom nie spodoba się zapewne to, że to wybicie wcale nie jest jakieś znaczące - już wcześniej kursy były na tym poziomie i jakoś do niczego nie doszło. Kto ma rację? Ci, którzy w ogólne tego faktu nie zauważą. Przy takiej aktywności z rynkiem można było właściwie zrobić wszystko. Zatem to nie małe wybicie, ale brak potwierdzenia w obrocie jest tu najważniejszą wadą tego "sygnału". Nie przywiązywałbym do niego zbyt dużej wagi. Faktyczny handel zacznie się dopiero dziś. Ruchy przy znacznie większej (mam nadzieję) aktywności będą bardziej wiarygodne, co pozwoli na wyciąganie wniosków na przyszłość. Mój średnioterminowy pesymizm nie słabnie. Tym bardziej jak widzę takie wyskoki, jak wczoraj.