Sesje w środę i czwartek można uznać za wygrane przez popyt. W obu zamknięcie notowań miało miejsce nad połową dziennej rozpiętości wahań. Każdy, kto dokładnie śledził notowania, wie, że popyt na tych sesjach nie pokazał klasy. W wielu przypadkach wzrost wartości indeksu był skutkiem rzucanych na rynek koszy zleceń. Zwykle takie zagrania kończą się karą ze strony podaży, ale tym razem było inaczej. Podaż przyjęła bierną postawę i spokojnie przyglądała się wzrostowi cen.

W czasie piątkowej sesji było już nieco inaczej. Po pierwsze, popyt był już znacznej wartości. Problem jednak w tym, że skupiał się on tylko na wąskiej grupie najbardziej płynnych akcji. Po drugie, wczoraj podaż nie była już bierna. Zakupom największych spółek odpowiadały spore zlecenia sprzedaży. Obrót rósł w oczach. Rosły także ceny. To mogło cieszyć posiadaczy długich pozycji. Tylko ten wąski rynek wzbudzał wątpliwości. Jedynie kilka spółek cieszyło się dużym wzięciem.

Wszystko zmieniło się w ostatniej godzinie notowań. Zakupy się skończyły. Wcześniej indeks rósł coraz wolniej. W końcu przyszło przesilenie. Popyt nie był już w stanie sprostać cały czas aktywnej podaży. W efekcie mieliśmy spory spadek w ostatnich minutach handlu. Optymizm z pierwszej części sesji gdzieś się rozpłynął.

Taka końcowa wyprzedaż może martwić, ale chyba za wcześnie na panikę. Nie pojawiły się jeszcze żadne poważniejsze sygnały sprzedaży. Na razie zatrzymaliśmy się na oporze. Wprawdzie uważam, że teraz jest dobry czas na poszukiwanie sygnałów sprzedaży, to jednak nie ma sensu ich wyprzedzać. Walka na oporze może się przeciągnąć. Rynek sam wskaże, kiedy należy zająć pozycję. Łapanie szczytów na przeczucie nie ma za bardzo sensu.