Dyskusja o bezpieczeństwie energetycznym Polski nabrała rumieńców kilka miesięcy temu, gdy rosyjski koncern Gazprom, od którego kupujemy większość zużywanego w Polsce gazu, na kilkanaście godzin wstrzymał jego dostawy. Wówczas zaczęły się pojawiać pytania, czy Polska nie jest zbytnio uzależniona od Rosji. Przecież z kierunku wschodniego trafia do nas znakomita większość surowców energetycznych. Obawy, które wywołał Gazprom, dały niedawno o sobie znać ponownie przy okazji kłopotów innego, rosyjskiego koncernu - Jukos. Firma ta sprzedaje duże ilości ropy naftowej Orlenowi i Grupie Lotos, największy polskim rafineriom. Michaił Chodorkowski, główny akcjonariusz Jukosu, został aresztowany, a rosyjski fiskus wysuwa wobec firmy kolejne roszczenia finansowe. Jukos ma problemy z opłaceniem przesyłu ropy naftowej do Chin. Nie jest wykluczone, że firma będzie miała też kłopoty z zapłatą za transport ropy do Europy.
Bezpieczeństwo
w Unii Europejskiej
Zgodnie z unijnymi dyrektywami (Green Paper, 29 listopada 2000 r.) bezpieczeństwo energetyczne jest zapewnione, jeżeli dany kraj stara się zminimalizować uzależnienie od zewnętrznych dostawców. Poza tym energia ma być wykorzystywana oszczędnie i mają być tworzone zapasy produktów naftowych. Te powinny wystarczyć na 90 dni. Na początku 2004 roku zaczął działalność Europejski System Obserwacji, który monitoruje rynki paliwowe.
W jaki sposób "stare" kraje unijne dbają o bezpieczeństwo? Przede wszystkim dywersyfikując dostawy ropy. Chodzi o to, by dany kraj nie był zaopatrywany przez jedną firmę albo przez różne firmy, ale pochodzące z jednego państwa. Poza tym zachodni sąsiedzi odchodzą od budowy koncernów narodowych, sprzedając akcje firm paliwowych prywatnym właścicielom. Władze starają się koncentrować na regulacji rynków.