Kiedyś była taka moda, żeby regulować bieg rzek. Bo to i lepsze dla żeglugi, i dla oka przyjemniejsze - gdy rzeka leci prosto, a nie posuwa się zakolami, jak jakiś alkoholik, nie przymierzając. Dlatego w co bogatszych krajach regulacja szła na całego, a biedniejszym było wstyd. Potem jednak przyszła słynna powódź tysiąclecia, która dotknęła i nas, i Niemcy. I wówczas okazało się, że natura wcale nie była taka głupia, bo beton w korytach rzek ma ten feler, że nie przepuszcza wody. Czyli to, co mogłoby wsiąknąć, tak naprawdę się wylało. Padły wtedy hasła w Niemczech, żeby rzeki deregulować, a nam zrobiło się mniej wstyd.
Jak myślisz, drogi Czytelniku, że ja tu o rzekach piszę, to się mylisz. O wiele ciekawsze jest bowiem prawo, że co raz zostało uregulowane, potem będzie deregulowane.
Tę myśl dedykuję tym spośród Czytelników, którzy marzą np. o założeniu własnej firmy inwestycyjnej - na przykład, na zasadzie tzw. działalności gospodarczej - gdzie klienci na początku uzyskiwaliby porady, a potem przekształciłaby się ona w Berkshire Hathaway 2. Obecnie bowiem nie tylko nie stać ich na to, ale jak zaryzykują - dostaną do 10 mln zł grzywny. Taka kara grozi dwóm panom, którzy za poradę dostali 90 zł, a teraz prokuratora, powiadomiona zapewne przez Komisję Papierów Wartościowych i Giełd, ich za to ściga.
Szczerze mówiąc - nie słyszałem jeszcze mądrej odpowiedzi na pytanie - dlaczego tak jest? Dlaczego nie mogę udać się do kogokolwiek zechcę, zapytać go, jaką spółkę mam kupić, zapłacić mu za to moje pieniądze, kupić akcje i... stracić lub zyskać. W końcu to moje złotówki.
Jak zarobię, pewnie przyjdę do niego znowu. Jak nie, trudno - ale w końcu to moje pieniądze. Poza tym - obawiam się, że w instytucjach, które mają od KPWiG zgodę i błogosławieństwo, porady za te pieniądze bym nie dostał. Ktoś powie, że płacę za jakość. Ale gdy tak powie, to najczęściej da do zrozumienia, że nie wie za dużo na temat giełdy. Rekomendacje i porady są różne - i lepsze, i gorsze.