Cała piątkowa sesja podporządkowana była jednemu wydarzeniu. Na 14:30 zaplanowano publikację raportu o stanie rynku pracy w USA. Na te dane czekał cały świat przez cały tydzień. Raport o rynku pracy przez wielu analityków uważany jest za najważniejszy w całym miesięcznym kalendarzu publikacji danych makro. Skoro tak sądzą analitycy, to podobne zdanie ma rzesza inwestorów indywidualnych.

Sesja zaczęła się w pobliżu zamknięcia z czwartku. To był dość doby początek zważywszy, że dzień wcześniej w Stanach mieliśmy spadki. Wahania cen przed publikacją nie były duże. Rynek nieco spadł przed południem, by później powoli odrabiać straty. Kontraktom udało się nawet wyjść na plusy. Już po 14:00 kursy zaczęły powoli obniżać się. Opublikowane dane ten spadek przyspieszyły. Zaskakująco złe dane? Niekoniecznie. Wprawdzie faktycznie liczba miejsc pracy wzrosła nieco mniej niż oczekiwano, ale nie była to jakaś wielka różnica. Zresztą po cichu spodziewano się danych nieco słabszych od oficjalnych prognoz (150 tysięcy nowych miejsc pracy). Powodem tych bardziej wyważonych oczekiwań było przekonanie, że ostatnie huragany nie pozostały bez wpływu na sytuację na rynku pracy. Rynki zareagowały spadkiem, ale nie była to panika.

Zakończyliśmy notowania blisko minimów. Tym samym cały tydzień można uznać za zatrzymanie wzrostu. Miejsce jest nieprzypadkowe. Zwyżka wyhamowała tuż pod szczytami z połowy kwietnia. Rynek od jakiegoś czasu rośnie bez większej korekty. Atak na kwietniowe wierzchołki w takiej chwili niósłby z sobą spore ryzyko porażki byków. Chęć realizacji zysków jest tak duża, że myśl o nowych zakupach nie jest zapewne pierwszą, jaka chodzi po głowie graczom. Na atak przyjdzie czas, ale by miał on szansę powodzenia, rynek musi odetchnąć.