Mimo zakończenia kwartału spadkiem indeksów (pierwszy taki kwartał po pięciu na plusach) nastroje na rynku amerykańskim są zaskakująco dobre. Mówi się o tym, że rosnąca cena ropy, huragany, terroryzm itd. zahamowały wzrost indeksów, ale wyniki spółek i sytuacja ekonomiczna powinny w dłuższym okresie przedłużyć hossę. Wystarczy posłuchać analityków i komentatorów w mediach, żeby dojść do wniosku, że rynkowi nic nie grozi i trzeba tylko trochę poczekać, żeby wyrwał się z wielomiesięcznego, delikatnego trendu spadkowego.
Mam nieco inne zdanie niż amerykańscy komentatorzy - uważam, że rynek rzeczywiście może jeszcze wejść w jedną falę wzrostową, ale potem czeka go powrót do bessy. Czym bowiem powinno się charakteryzować trwałe ożywienie gospodarcze? Zwiększeniem inwestycji. Proszę zwrócić uwagę na słowo "trwałe". Stephen Roach z Morgan Stanley zwrócił uwagę na niepokojący fakt: Departament Handlu poinformował, że w 2003 roku inwestycje netto (ta część inwestycji, która ma na celu zwiększenie potencjału produkcyjnego) były na poziomie o 60% niższym od poziomów notowanych w 2000 roku (wtedy zaczęła się recesja). To zdecydowanie nie sygnalizuje, że jest trwałe ożywienie - to jest tylko korekta przed recesją.
Zadziwiająca sytuacja panuje na rynku obligacji. Po tym, jak rentowność opuściła na początku roku kanał czteroletniego trendu spadkowego, wydawało się, że wiemy, jaki będzie kierunek - tylko do góry. Tymczasem od maja weszła w trend spadkowy i zrobiła to wtedy, kiedy Fed zaczął podnosić stopy. Trochę to dziwne i wygląda tak, jakby rynek obligacji zapowiadał nadejście recesji albo duży spadek inflacji (jedno nie wyklucza drugiego). Spójrzmy jeszcze na to, co dzieje się na rynku towarowym. Od lipca indeks surowców (CRB) bijąc rekordy zyskał ponad 8% i wyraźnie ma zamiar nadal wzrastać. Takie wzrosty cen towarów sugerowałyby powrót intensywnego ożywienia gospodarczego na świecie, ale nie widać potwierdzenia tego wniosku na innych rynkach. Jeśli spróbuje się połączyć to, co widać na rynku akcji (zwyżka), obligacji (zwyżka, czyli spadek rentowności) i towarów (zwyżka), to widać, że zgodnie z międzyrynkową analizą techniczną i podziałem cyklu koniunktury zaproponowanym przez Martina Pringa, rynki są w fazie trzeciej, kiedy to rosną wszystkie rynki. Fazę czwartą powinien zapoczątkować sygnał sprzedaży na rynku obligacji (być może wyprzedzony sygnałem sprzedaży dolara). Wtedy wejdziemy w fazę czwartą, w której ciągle jeszcze zwyżkują ceny akcji (fala piąta Elliotta) i drożeją towary. Dopiero w piątym etapie zaczynają tanieć akcje, a gospodarka zmierza ku recesji. Wniosek? Jest jeszcze sporo czasu do załamania koniunktury na rynku akcji. Zakładam, że powinno się ono zacząć na przełomie roku.
Warszawska GPW zachowywała się dużo lepiej niż rynek amerykański (kwartał przyniósł wzrost indeksów), ale nie była w tym dobrym zachowaniu odosobniona. Rynki naszego regionu, ze szczególnym uwzględnieniem węgierskiego, zachowywały się jeszcze lepiej. Fundusze zagraniczne ciągle uważają, że wejście do UE bardzo pomoże naszym gospodarkom. W tym kontekście ciekawe były wyniki badania Ipsos dla "Rzeczpospolitej". Podobno Polacy uwierzyli w ożywienie gospodarki i lepszą przyszłość, a wskaźnik optymizmu jest na poziomie najwyższym od pięciu lat. Autorzy wyciągają z tego raportu wydawałoby się bardzo logiczny wniosek, że Polacy zaczną teraz więcej kupować. Nie tak optymistyczne, ale jednak podobne wyniki przynosi raport Bureau for Investments and Economic Cycles. Wskaźnik Wyprzedający Koniunktury (WWK) po trzech miesiącach spadku nieco wzrósł. Po prostu gospodarka - po okresie przygotowawczym do wejścia do UE i szoku po wejściu - wraca na stare tory. Ten raport też mówi o wzroście popytu wewnętrznego. Bardzo by się przydało, gdyby popyt wewnętrzny wzrósł, bo pomógłby słabnącemu eksportowi, któremu szkodzi wzmacniający się złoty. Jednak dane o sprzedaży detalicznej nie potwierdzają tego optymizmu.Nie wierzę w tak optymistyczne prognozy. Dopóki bezrobocie będzie oscylowało w okolicach 20% (małe zmiany nie świadczą o poprawie na rynku pracy), to trudno będzie o trwałą zmianę nastrojów. Skąd więc ten optymizm? Wejście do Unii, korzyści rolników z tego wynikające i niezwykle optymistyczny ton mediów i polityków musiały poprawić nastroje. Problem w tym, że szeroka publiczność najczęściej staje się bardzo optymistyczna wtedy, kiedy należy zacząć się niepokoić nadchodzącą dekoniunkturą. Poza tym, jak w każdym cyklu po hossie, mamy korektę, która składa się z trzech fal: pesymizm, optymizm i znowu pesymizm, a potem dopiero wracamy w normalne koleiny. Na razie jesteśmy na etapie drugim korekty.
Pytanie tylko, jak aberracyjna polityka Rady Polityki Pieniężnej jest w stanie zaszkodzić gospodarce. Ostatnio stopy nie zostały zmienione, z czego wynika, że RPP albo uznała racje krytyków jej ostatnich decyzji, albo się tej krytyki przestraszyła. Nie spodziewałem się, że będę musiał popierać program głoszony przez PiS, ale tym razem muszę to zrobić. Prawie bez echa przeszła konwencja tej partii, na której z krytyką spotkał się zarówno Leszek Balcerowicz, jak i cała RPP. PiS myli się, uważając, że za problemy przedsiębiorstw państwowych odpowiada "postkomuznim" i "lumpenliberalizm", bo tak naprawdę odpowiada za to po prostu neoliberalizm, który wyznają od dawna nasze elity gospodarcze. Nie myli się jednak, twierdząc, że trzeba uczynić NBP lub RPP odpowiedzialnym za wzrost gospodarczy. Od dawna twierdzę, że nic by się nie stało, a wręcz byłoby pożądane, żeby NBP lub RPP miały takie zadania, jak na przykład amerykański Fed. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, jak z takimi poglądami PiS chce po wyborach utworzyć koalicję z Platformą Obywatelską...