Rzeka pieniędzy przepływająca przez nasz rynek kapitałowy, głównie za sprawą wydatnie kredytowanej oferty PKO BP, tym razem znalazła się wyraźnie powyżej "stanów średnich". Wszak z publicznej dyskusji wynika, że w akcję "lewar" zaangażowana została kwota rzędu kilkunastu miliardów złotych. Odbicie tej sytuacji znajdziemy już wkrótce w danych o podaży pieniądza. Fala jednak opadnie, wraz z rozliczeniem zleceń i ewentualnym szybkim wychodzeniem z inwestycji przez część indywidualnych, a korzystających z kredytu, nabywców. Teraz jednak sztuka w tym, by nie dać uciec ludziom, których skusiła wizja zarobku. By zatrzymać ich na dłużej i pokazać, że na PKO BP świat się nie kończy.

Powiedzmy sobie szczerze: choć wartościowo oferta PKO BP faktycznie robi wrażenie, to liczba inwestorów, którzy złożyli zapisy, na kolana nie rzuca. Na dodatek część z tych 140 tys. zlecających kupno stanowili zapewne "stacze", pracujący na rzecz innych. Mimo to można jednak uznać, że wśród ponad stu tysięcy jest grupa takich inwestorów, o których długoterminową lojalność warto powalczyć. I to takich, którzy albo nie mieli jeszcze rachunku, albo przez wiele lat z niego nie korzystali. Niestety, główny klucz do pozyskania na dłużej serc tej grupy klientów leży po stronie samych spółek. Co nie zwalnia ze specjalnej misji speców z rynku.

Nowych graczy zatrzymać na dobre może jednak tylko jedno - dobre wyniki spółek, dywidendy i wzrost kursów akcji. A że to naprawdę ważne, świadczą "karne" spadki kursów spółek, które rozczarowały wynikami za III kwartał. Ci, którzy kupili akcje w ramach "owczego pędu" (bo sąsiad też kupił), mogą odwrócić się od spółek równie szybko, jak zapałali wcześniej afektem do nich (bo sąsiad też uciekł z akcji). To zaś może zrazić do rynku równie skutecznie, jak hossa zachęca szersze masy do zainteresowania giełdą. Tym większą więc presję na dbałość o wyniki i wywiązywanie się z deklaracji powinny wywierać na menedżerów spółek przedstawiciele rynku kapitałowego - zwłaszcza fundusze inwestycyjne i emerytalne czy zarządzający prywatnymi portfelami. Bez dobrych wyników spółek, przekładających się na ceny papierów i wypłacane dywidendy, o lojalności w dłuższym terminie nie będzie mowy. A to przecież bardzo ograniczałoby możliwość lepszego życia z prowizji i opłat.

Tak więc, choć od efektywności samych spółek zależy to, czy dziesiątki tysięcy "nowych" pozostaną na rynku na dłużej (i czy nie poprzestaną na ofercie PKO BP), to jednak brokerzy - w interesie klientów i własnym - muszą pilnie obserwować poczynania władz spółek, które zbierają i chcą zbierać kapitał z rynku. Ewentualne porażki, złe przykłady, mogą bowiem zachwiać wiarą "nowych" w sens swoich inwestycji. Staje się to tym ważniejsze, że entuzjazm wobec inwestowania może stygnąć z uwagi na efekt stosunkowo wysokiej bazy, czyli odnoszenia ostatnio słabszych wyników części spółek do dobrych czy bardzo dobrych danych z poprzednich, acz niedawnych okresów. Ludzie umieją liczyć. Uciekną, gdy się pogorszy.

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.