Początek tygodnia był mało przyjemny dla posiadaczy długich pozycji. Jeszcze początek notowań dawał nadzieję na utrzymanie się blisko oporu. Dobre wyniki Agory i przyzwoite PKO BP miały w tym pomóc. Końcówka sesji była jednak fatalna. W efekcie zakończyliśmy sesję spadkiem.
Czy można się temu dziwić? Przecież wczoraj nikt rozsądny nie miał prawa oczekiwać, że rynek przejmą byki. Mieliśmy walentynki! Czy ktoś widział, by z tej okazji sprzedawano małe byczki? To przecież święto czerwonych serduszek i misiaczków. Wszędzie było je widać, wszędzie było słodko i czerwono. Sprawa wydaje się prosta. Do przerwy na lunch rynek trzymał się całkiem dzielnie. Niestety, w porze lunchu, gdy trzeba wyjść "na miasto", branża finansowa została poddana silnym "misiaczkowym" bodźcom. W dobie powszechnej telekomunikacji zwroty typu "mój misiaczku" okazały się gwoździem do byczej trumny.
Notowania zakończyliśmy silnym spadkiem po wcześniejszym odbiciu się od oporu. To sugeruje, że i dziś "walentynkowy" nastrój może jeszcze unosić się nad rynkiem. Jest całkiem prawdopodobne, że zanim gracze otrząsną się z tej lukrowo-serduszkowej hipnozy, ceny spadną w okolice wsparcia w postaci ostatnich luk hossy. Na kontraktach została ona już zamknięta, ale cały czas jest to poziom, który można uważać za dość istotne wsparcie. Tu powinno przyjść pełne otrzeźwienie i kontratak popytu.
Wczorajsza sesja była bardzo spokojna, ale teraz już wiadomo dlaczego. To była jedynie cisza przed burzą. Po raz kolejny otrzymaliśmy potwierdzenie tezy, jak zgubna jest amerykańska popkultura. Poddanie się jej wpływom kosztowało naszych emerytów wiele milionów złotych. Wszystkim powinno zależeć na zmianie tego stanu rzeczy. Sięgnijmy do kultury europejskiej. Byczek Fernando symbolem polskich zakochanych!