Spółka decydując się na przeprowadzenie oferty publicznej bierze na siebie ryzyko jej niepowodzenia. Aby się przed tym zabezpieczyć, korzystała z usług gwarantów, czyli subemitentów. Są nimi zazwyczaj biura maklerskie lub banki inwestycyjne. Dziś jednak subemisja oznacza zupełnie co innego niż jeszcze przed kilkoma laty.
Gdy inwestor zawiedzie
Jak wskazują specjaliści, można wyróżnić dwa rodzaje subemisji: miękką i twardą. W przypadku pierwszej, subemitent bierze na siebie ryzyko rozliczeniowe związane z ofertą. - Spółka może dostać pieniądze, zanim gotówkę wyłoży inwestor, który zadeklarował podczas budowy księgi popytu, że kupi akcje - tłumaczy Konrad Zawisza, dyrektor biura rynku pierwotnego DI BRE.
Tak było podczas niedawnej oferty Eurocashu. Część akcji objął Bank Austria Creditanstalt, spółka matka oferującego papiery CA IB. - Walory zostały nabyte przez bank na rzecz klientów międzynarodowych. Później jednocześnie nastąpiła zapłata za akcje i ich przydział. Niektóre instytucje po prostu nie wyłożą gotówki, zanim nie dostaną akcji. To wynika z ich wewnętrznych procedur. Polski system rozliczeń ofert publicznych nie pozwala na zachowanie tej zasady - mówi Piotr Rusiecki, zastępca dyrektora CA IB Financial Advisers. Nie zawsze subemisja wygląda jednak tak, jak w przypadku Eurocashu. Gwarant może objąć papiery wtedy, gdy inwestor, który zadeklarował, że je kupi, wycofa się z obietnicy złożonej w book-buildingu. - Ryzyko, że tak się stanie, jest jednak minimalne - mówi Konrad Zawisza. Tłumaczy, że wynika to z troski inwestorów instytucjonalnych o reputację. - Nie mogą sobie pozwolić na to, by brać udział w budowie księgi popytu, a potem wycofać się ze złożonych deklaracji, bo np. pogorszyła się koniunktura na giełdzie. Byliby potem źle postrzegani na rynku. Ta grupa jest stabilna. Na szczęście, istnieją już także rozwiązania prospektowe, które umożliwiają dochodzenie roszczeń przez subemitentów - twierdzi K. Zawisza.
- Nie przypominam sobie, żeby w ciągu 4 lat mojej pracy w CA IB ktoś wycofał się z oferty po zakończeniu book-buildingu - dodaje Piotr Rusiecki.