Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 06.03.2005 16:43

Dobiegający końca tydzień stał pod znakiem jednego wydarzenia - powstania

nowej partii o nazwie Partia Demokratyczna. Pojawienie się kolejnego bytu na

polskiej scenie politycznej nie jest w sumie niczym nowym. Jednak akurat

pojawienie się PD wywołało szereg wydarzeń o dużym znaczeniu także dla

rynków. Rzadko się zdarza, by inicjatywa mająca raptem parę dni była w

Reklama
Reklama

stanie tak diametralnie zmienić układ sił politycznych. Mowa tu o skali

"makro", czyli biorąc pod uwagę całą scenę polityczną, jak i o skali "mikro"

czyli sytuację w poszczególnych partiach. Zabawne, że ten szum spowodowała

zmiana, którą faktycznie trudną nazwać zmianą, a co najwyżej kosmetyką.

Przecież PD to partia powstała w dużej mierze na bazie dotychczasowej UW.

Niektórzy mówią wprost, że to tylko zmiana nazwy i wizerunku (znamienne, że

Reklama
Reklama

najbardziej na to naskakuje J. Oleksy). Jednak ten mały zabieg znacząco

wpływa na obraz sytuacji politycznej: mamy "nową" partię, która odbiera

głosy kilku istniejącym, zmienia się termin wyborów, zmienia się układ

przyszłej koalicji rządzącej, zmienia się strategia obecnej koalicji

rządzącej. Te zmiany w sferze polityki szybko wywołają efekt domina i wpłyną

na pozostałe sfery życia, z ekonomią włącznie.

Reklama
Reklama

Na początku PD (wtedy jeszcze będąca w sferze projektów i zamierzeń) była

postrzegana jako partia, która może odebrać część głosów PO, ale i SLD. Za

podstawę takiego sądu miało być pozyskanie J. Hausnera oraz przymilanie się

do M. Belki. W tej chwili już wiadomo, że najbardziej zagrożoną może się

czuć PO, bo to właśnie jej PD może narobić najwięcej szkód. Nie koniecznie

Reklama
Reklama

jednak musi to oznaczać szkodę dla całego państwa. Oczywiście najgorszym

scenariuszem byłoby odebranie głosów PO przez PD, a mimo to nie uzyskanie

przez nią poparcia umożliwiającego reprezentację w parlamencie. Wtedy

pozycja centroprawicy byłaby mała i można by się było w ogóle obawiać, czy

Sejm byłby w stanie wyłonić sprawny rząd, a taki przecież teraz jest

Reklama
Reklama

potrzebny w związku z wyzwaniami związanymi z przyjęciem euro i

wykorzystaniem środków unijnych. Scenariuszem bardziej optymistycznym jest

założenie, że PD jednak wchodzi do Sejmu. W takim wypadku także nie należy

liczyć na to, że PO i PiS uzyskają tyle głosów by tylko we dwie mogły

utworzyć rząd. Można przypuszczać, że PD będzie zmuszona włączyć się do

Reklama
Reklama

koalicji rządzącej, albo przynajmniej aktywnie wspierać rząd mniejszościowy.

Tak czy inaczej, jeśli tylko PD wejdzie do Sejmu jej ranga będzie pewnie

znacznie większa niż to by wynikało jedynie z posiadanej liczby głosów.

Także już w tej chwili można przyjąć, że dwupartyjna koalicja, i tak uważana

za trudną, PO i PiS nie będzie wystarczająco duża, by podjąć się

samodzielnego rządzenia. Co w tym takiego dobrego dla państwa? Pojawienie

się PD rodzi bowiem szansę, że w nowym parlamencie strona centroprawicowa

(układ PO, PiS i PD) będzie miała większą siłę niż dotychczas antycypowany

układ PO i PiS. Można przypuszczać, że PO wprawdzie straci część poparcia,

ale jest szansa, że tą stratę z nadwyżką odpracuje PD. Zresztą może właśnie

PO i PD będą tworzyć rząd mniejszościowy z aktywnym wsparciem PiS? W końcu

wiadomo, że budowanie koalicji PiS-u z dawną UW byłoby baaardzo trudne ze

względu na zaszłości.

Przy założeniu, że PD uzyska minimum, siła lewicy (tej zdeklarowanej) w

nowym Sejmie może okazać się mniejsza niż dotychczas sądzono. Nowa partia

pozyskując Belkę i Hausnera zyska zapewne część głosów z grupy "zmęczonych

rządami SLD". Samo SLD za mocno pewnie na tym nie straci, ale SdPL może

ucierpieć na tyle, że jej wejście do Sejmu stoi pod znakiem zapytania. No

chyba że stworzy koalicję z SLD, ale wtedy do kosza będzie można wyrzuci wręcz na "ucieczkę do przodu", czyli dążenie do wyborów

w jak najszybszym możliwym terminie. Lewica powinna skrócić do minimum czas

budowania struktur PD oraz budowania pozycji PD w świadomości wyborców.

Wymaga to więc zdecydowanej zmiany strategii SLD, od którego zależy decyzja

Sejmu o samorozwiązaniu się. Jest tu jeszcze jeden element, który jakby

dopinguje Sojusz do szybszych zmian. Taka ucieczka do przodu sprawiłaby, że

obecny szef partii zachowałby swoje stanowisko, mimo iż jego propozycja

jesiennych wyborów jest w tej chwili właściwie już nieistniejącą. Takie

zmiany decyzji nie pozostaną bez wpływu na poparcie dla Sojuszu, co też ma

swoje odbicie w pozycji jego szefa. Już teraz mówi się głośno o możliwości

usunięcia J. Oleksego ze stanowiska. Tylko szybki termin wyborów może go

teraz ratować, bo po prostu nie będzie czasu na zmiany personalne tuż przed

wyborami Nie dziwi zatem, że to właśnie z jego ust padają słowa i możliwości

szybszych wyborów. Ostateczne decyzje zapadną 12 marca, podczas posiedzenia

Rady Krajowej SLD.

Pojawienie się PD jako "gracza na rynku głosów" wpłynie zapewne na

postrzeganie przyszłości przez inwestorów. Ostatnie deklaracje premiera o

tym, że 5 maja poda do publicznej wiadomości decyzję o swojej przyszłości

politycznej uspokoiły rynki, a złoty się umocnił. Dziwne? Przecież to

oznacza wybory jeszcze na wiosnę? Tak, ale na razie wśród inwestorów

przeważyła ulga, że pewne niewiadome stały się już wiadomymi. Premier Belka

wprawdzie ogłosi (a raczej planuje ogłosić, bo teraz nie wiadomo, czy nie

będzie musiał tego uczynić wcześniej) swoją decyzję 5 maja, ale wszyscy

przecież wiedzą, jaka ona będzie. Ogłoszenie ma tu tylko wymiar polityczny,

uruchamiający w zamierzeniu cały mechanizm polityczny zmierzający do wyborów

w czerwcu. Rynki znają więc decyzję Premiera, znają przybliżony kalendarz

polityczny. Można było odetchnąć. Teraz wiele może zależeć od tego, jakie

poparcie uda się uzyskać PD (pisanie o niej jako o "nowej partii" przychodzi

mi z wielkim trudem), od decyzji Sojuszu 12 marca, a jeśli ta będzie dążyć

do jak najszybszych wyborów to także od możliwości jak najszybszego

głosowania nad samorozwiązaniem się Sejmu.

Te czynniki wpływają bowiem na ocenę aktualnego ryzyka politycznego

związanego z wyborami i ich wynikiem. Do niedawna czynnik ten był

postrzegany jako "przyszłościowy" i nawet przybliżenie wyborów z jesieni na

czerwiec tego znacząco nie zmieniło. Jeśli czas do wyborów będzie jeszcze

krótszy to niepewność polityczna znacznie mieć większe znaczenie. Trzeba

będzie skalkulować wyższe ryzyko, a tym samym żądać wyższych stóp zwrotu. Po

ostatniej decyzji RPP na rynku zapanowała niemal pewność, że stopy zostaną

stosunkowo (w porównaniu z poprzednimi oczekiwaniami) cięte. Miało to swoje

przełożenie w układzie cen papierów dłużnych. Mówiło się, że obniżka stóp o

150 pkt bazowych do końca roku jest już niemal pewna, a padało i 200 pkt

bazowych. Teraz takie oczekiwania mogą się okazać zbyt wygórowane. Skala

obniżek nie musi być tak duża, co może przełożyć się na układ kapitałów

zagranicznych, a więc i kurs walutowy. Ewentualne osłabienie się złotego

zmniejszy jeszcze presję na silne obniżki stóp. Może się okazać, że

dzisiejsze oczekiwanie na marcową obniżkę o 50 pkt bazowych jest zbyt

optymistyczne. Obniżki stóp pewnie nas czekają. Ostatnia decyzja RPP nie

pozostawia co do tego wątpliwości, ale ich skala może się okazać nieco

mniejsza. Zapewne obawy związane kumulacją cięć w krótkim czasie teraz

stracą na znaczeniu. Przyspieszenie terminów wyborów może skłonić radę do

mniejszych kroków.

Ruch na rynku walutowym będzie oczywiście miał swZjazd o 60 pkt w czasie

jednej sesji daje do myślenia. Na razie był to tylko mały impuls. Stabilność

złotego nas uratowała. Problem w tym, że była to także próbka, co nas może

czekać, gdy zagranica faktycznie podejmie decyzję o redukcji zaangażowania w

Polsce. Możemy mieć z tego ładną korektę, a o nowe szczyty będzie bardzo

trudno. Wiele zależy od decyzji SLD. Ile czasu nam dadzą politycy? Trzeba

się im przysłuchiwać. "Gdyby się okazało, że nie wchodzi w grę termin

jesienny referendum, czyli nasz priorytet upada, i gdyby się okazało, że nie

mamy już żadnego wpływu na rządzenie, a firmujemy to rządzenie, to ze

zwykłej logiki politycznej wynika, by dążyć do jak najszybszego rozwiązania

Sejmu" - powiedział Oleksy w programie "Siódmy dzień tygodnia" w radiu Zet.

"jeżeli będziemy mieli pewność, że nasz priorytet, jakim jest referendum,

jest zabezpieczony proceduralnie i datami, to nie będzie powodu, żeby się

upierać przy jesiennych wyborach". (PAP). Pretekst jest.

Nieco zabawnie w tym kontekście wygląda wystąpienie J. Rokity, jako

prawdopodobnego Premiera nowego rządu. Można podejrzewać, że część jego

buńczucznego programu pójdzie do kosza. Koalicja co najmniej trzech partii,

a z pewnością rząd mniejszościowy, to nie jest sytuacja sprzyjająca odważnym

i radykalnym działaniom. Tu trzeba będzie lawirować między rynkowymi

zapatrywaniami PO, a socjalnymi potrzebami PiS. Fakt, że politycy lewicy

przechodzą do PD nie jest tu bez znaczenia. Rewolucji nie należy się

spodziewać, choć zapewne można liczyć na przyspieszenie procesów reformy

finansów publicznych umożliwiających w roku 2007 osiągnięcie kryteriów

wymaganych przy wprowadzaniu euro. Rzucano przez Rokitę propozycja

"euroizacji" złotówki nie ma szans na realizację bez poważnego konfliktu z

NBP, a na to nikt nie pójdzie.

Poznaliśmy kilka haseł: zmniejszenie obciążeń podatkowych, przejrzysta

prywatyzacja i deregulacja gospodarki. Swoją drogą dziwnie wygląda ten

ostatni postulat w związku z chęcią wpływania na kurs walutowy. To właśnie

wspomniana "euroizacja" miałaby się przyczynić do "odpowiedniego" kursu

względem euro oraz zmniejszenia ryzyka polskich eksporterów. Jest ona

postulatem na "trudne" czasy, gdyby NBP nie podejmowało działań

interwencyjnych na rynku złotego. Straszenie NBP chyba niczego się nie

wskóra. Jak widać, Rokita jest za rynkiem, ale tylko takim, który sprzyja

zamierzeniom Rokity. Można mieć tylko nadzieję, że pomysł ten był tylko

próbką mającą wysondować nastroje, a nie faktycznie poważną propozycją.

Lepiej niech się nowy Premier zajmie redukcją potrzeb pożyczkowych Państwa.

Kurs walutowy sam się do tego dostosuje. No, ale to oczywiście wymaga

wysiłku, a droga na skróty kusi. Problem w tym, że może okazać się ona

bardzo kłopotliwa i wcale nie krótsza.

Na koniec jeszcze kilka zdań o wydarzeniu tygodnia na świecie - piątkowym

raporcie o stanie rynku pracy w USA. Analitycy spodziewali się, że w lutym

stopa bezrobocia w USA będzie poziomie 5,2 proc., a wzrostu liczby miejsc

pracy w sektorach pozarolniczych wyniesie o 225 tys. "Ulica" faktycznie

oczekiwała większej liczby nowych miejsc pracy - nawet 300 tys. Skąd ten

optymizm? Ostatnie miesiące były rozczarowujące, a nie wyglądało, by

sytuacja się pogarszała. Jedną z przesłanek były choćby małe wartości

cotygodniowych raportów o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla

bezrobotnych. Ostatnio analiza tych raportów nie przynosiła spodziewanych

efektów. Teraz po ośmiu miesiącach przerwy dane całościowe potwierdziły

tendencję obserwowaną przy publikacji Initial Claims. Wprawdzie odczyt

wzrostu liczby miejsc pracy nie sprostał oczekiwaniom rynku, ale i tak

oka

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama