Wczoraj mieliśmy Dzień Kobiet. Święto dla jednych miłe, dla innych warte zapomnienia. Rynek zdaje się przyjął konwencję i odkrywał swoją kobiecość zgodnie z powiedzeniem, że ta zmienną jest. Wczoraj nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie.

Notowania rozpoczęły się od spadku cen i przez długi czas poziom otwarcia był jednocześnie maksimum sesji. W południe udało się powrócić w okolice otwarcia, a po południu już notowaliśmy nowe maksima sesji. Popyt zrobił tyle, na ile pozwalała mu technika. Wzrost zatrzymał się na poziomie oporu na 2063 pkt. Nie było w tym nic dziwnego. Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę, że końcówka wzrostu to było już tylko wyciąganie cen. W żadnym wypadku nie można było mówić o poważnym ataku popytu. Niski obrót oraz kosze zleceń kupna na rynku kasowym skutecznie umniejszały wiarygodność zwyżki. Ostatnia godzina notowań to ponowny spadek cen, który przyspieszył w ostatnich minutach handlu. Zamknięcie 1 pkt nad minimum nie pozostawia złudzeń, kto wczoraj wygrał.

Z technicznego punktu widzenia popyt nie poradził sobie z oporem, czym ponownie go uwiarygodnił. Czy zadziała tu bliskość wewnętrznej linii trendu, czy sam poziom 2063 pkt ma tu mniejsze znaczenie. Można przypuszczać, że teraz przyjdzie się bykom zetrzeć się z niedźwiedziami w okolicy ostatniego lokalnego dołka. Będzie to jeszcze bardziej prawdopodobne, gdy ceny zejdą pod poziom wzrostowej linii trendu (dolne ograniczenie kanału). Ubita ziemia na poziomie 2000 pkt czeka. Wygrana niedźwiedzi może mieć poważne skutki, bo zapewne część graczy zauważyła formację głowy i ramion. Wiedzą zatem, że zejście pod poziom 2000 pkt będzie tożsame z wybiciem się cen z formacji. To otworzyłoby nam drogę do spadku do okolic poziomu dwóch konsolidacji z połowy stycznia i początku lutego.