Ze sporą łatwością przychodzi rynkowi odrabianie ubiegłotygodniowych strat. Na pięć ostatnich sesji tylko jedna skończyła się zniżką, i to niewielką. Po wczorajszych notowaniach zostało już zniwelowane 2/3 zniżki i coraz bardziej prawdopodobny wydaje się, atak na ostatni szczyt. Choć od jego ukształtowania minęły zaledwie dwa tygodnie, to jednak otoczenie naszego parkietu sporo się zmieniło. Ceny ropy w Londynie pobiły ubiegłoroczne maksimum. Jednocześnie średnia cena z ostatnich 12 miesięcy podniosła się do 41 USD za baryłkę, z 38 USD na początku tego roku i niecałych 35 USD na początku października 2004 r., kiedy ustanawiany był poprzedni rekord. Można znaleźć argumenty, że trwająca fala zwyżkowa na rynku ropy jest ostatnią w trendzie trwającym od końca 2001 r. To jednak nie zmienia faktu, że obecny poziom cen będzie musiał znaleźć odbicie w kondycji światowej gospodarki i w wynikach spółek.
Dodatkowym zagrożeniem jest szybko zwiększająca się rentowność długoterminowych obligacji amerykańskich. W przypadku 10-latek w miesiąc podniosła się ona z poniżej 4% do ponad 4,45%. Wczorajszy wzrost zakończył kilkumiesięczną tendencję boczną i otworzył drogę do osiągnięcia maksimum z roku minionego nieco poniżej 4,9%. Dalszy wzrost rynkowych stóp procentowych będzie wywierał presję na rynek akcji.
Z punktu widzenia polskiej giełdy, sprawa ma bardzo ważne znaczenie. Dekoniunktura na bazowych rynkach papierów dłużnych przybliża moment głębszej korekty cen naszych obligacji. Z nią powinna zbiec się mocniejsza wyprzedaż złotego. Wobec powszechnej wiary w to, że giełdą w ostatnich miesiącach steruje kapitał zagraniczny, musiałoby to wywołać niepokój posiadaczy akcji. Przedsmak tego, jakie mogą być konsekwencje pogorszenia nastrojów na rynku złotego i obligacji, mieliśmy w ubiegłą środę.
Uwagę zwracało wczoraj to, że jedną czwartą wczorajszego wzrostu WIG20 zawdzięczał PKN-owi, a blisko jedną piątą Stalexportowi. Z grona czterech firm z największym udziałem w WIG20 słabo wypadły aż trzy - PKO BP, Pekao i TP.