Niedawno na tej stronie gościł rzadki gość. Zarządzający. Opisał ciekawą sytuację z pogranicza IPO i kreatywnej księgowości. Prawdziwe pogranicze w ogniu. Nie spytałam autora, która to spółka (a debiutowała w 2004 r.) wykorzystała faktury z prawem zwrotu, aby "podmalować" się na czas oferty. Nie spytałam też, kim był ów inwestor, który z nią długo współpracuje i który mógł posłużyć za kontrahenta-figuranta. Nie pytałam, bo założyłam, że mi nie powie. Myślę, że spyta go o to Komisja Papierów Wartościowych i Giełd albo prokurator. Albo obie instytucje jednocześnie.
Zapachniało kryminałem, bo - jak słusznie zauważyli moi redakcyjni koledzy - zarządzający opisał... przestępstwo. Usłyszeliśmy brzęk kajdanek w zmowie między spółką a inwestorem-kontrahentem. I tylko tu. Fakturowanie z prawem zwrotu jest przecież w pełni legalne i stosowane na ogromną skalę.
W tekście zarządzającego nie padło słowo na temat faktur z prawem zwrotu? Wiem. Rozumiem jednak, że właśnie o nie chodziło.
Kiedy wydawca książek albo firma odzieżowa, albo inne przedsiębiorstwo korzystające z zewnętrznych kanałów dystrybucji sprzedaje towar - wystawia fakturę. Może też pójść kontrahentowi na rękę i zdjąć z niego nieco ryzyka. Że towar się nie sprzeda w zakładanej ilości i wiosenna kolekcja będzie zalegała do jesieni w magazynach? Wtedy w podpisywanej przez strony umowie pojawi się klauzula o zwrotach.
Mechanizm jest prosty, choć jego warianty bywają skomplikowane. Ja ci sprzedaję teraz 100, ale ty możesz mi oddać za 3 miesiące, za pół roku na przykład 15 - umawia się producent z dystrybutorem, wydawca z księgarzem, firma odzieżowa z właścicielem sieci sklepów. Jeśli produkt jest nowy i nie wiadomo, czy sprzeda się w ogóle- zwrot może być nawet 100-procentowy.