We wrześniu zeszłego roku na naszym rynku pojawił się czeski internetowy dom maklerski FIO, który zaproponował Polakom - przede wszystkim inwestorom indywidualnym i drobnym firmom - handel na giełdach w Pradze i we Frankfurcie, a także na rynkach akcji za Atlantykiem. - Weszliśmy do Polski, ponieważ uważamy, że Polacy dojrzeli już do dywersyfikacji swoich portfeli na poziomie międzynarodowym. Wielu inwestorów zauważa, że giełda w Warszawie jest dość płytka - mówi Wojciech Maryański, kierownik pionu polskiego w FIO.
To wciąż margines
W momencie debiutu na naszym rynku czeski broker liczył, że w ciągu półrocza pozyska stu, a w ciągu roku dwustu aktywnych klientów - czyli takich, którzy dokonują co najmniej kilku transakcji w miesiącu. - Dotychczasowe zamierzenia udało się zrealizować, choć oczywiście to nie koniec możliwości, jakie daje polski rynek - twierdzi Maryański. Dodaje, że początkowo FIO zdobywało klientów głównie na seminariach organizowanych w większych miastach, natomiast teraz wielu klientów trafia do firmy na własną rękę.
W przypadku domów maklerskich mocno osadzonych na polskim rynku klienci zainteresowani grą na zagranicznych parkietach stanowią bardzo wąską grupę. - Traktujemy ofertę zagraniczną jako dopełnienie naszej podstawowej usługi - mówi Ryszard Czerwiński, wiceprezes Domu Maklerskiego BZ WBK. Przez niewiele ponad rok, czyli od momentu uruchomienia obsługi giełd zagranicznych, broker podpisał z klientami nieco ponad dwieście umów dotyczących pośrednictwa w transakcjach na obcych parkietach. Tymczasem ogólna klientela DM BZ WBK liczy kilkadziesiąt tysięcy osób. Podobne dysproporcje dotyczą także innych polskich biur pośredniczących w handlu zagranicznymi papierami. Taką możliwość oferują m.in. CDM Pekao, ING Securities czy Dom Inwestycyjny BRE Banku.
Decydują koszty