Średnia cena domu wyniosła w kwietniu 206 tys. USD. To o 6,7% więcej niż w marcu br. i o 15,1% więcej niż w kwietniu 2004 roku. W skali całego kraju to najwyższy w historii skok mierzony rok po roku. Także pierwszy raz średnia cena już istniejących domów przekroczyła pułap 200 tys. USD.
Ekonomiści zwracają uwagę na to, że wzrost cen nie wiąże się tym razem z rosnącą inflacją, jak to miało miejsce podczas poprzedniego wielkiego boomu z lat 80. ubiegłego stulecia. Oznacza to, że realna wartość domów w USA rośnie w bardzo szybkim tempie.
Wyśrubowane ceny domów to przede wszystkim wynik rosnącego popytu na nieruchomości. W stosunku do marca kwietniowa sprzedaż zwiększyła się o 4,5%, do rocznego poziomu 7,2 mln - mówi raport Krajowego Stowarzyszenia Pośredników Nieruchomości (NAR). Najwięcej domów sprzedano w stanach Południa, a następnie Północnego Wschodu oraz Środkowego Zachodu. Jedynie na zachodzie USA nie odnotowano znaczącego wzrostu sprzedaży. - Kiedy widzimy wzrost cen w takim tempie, jak teraz, można tylko powiedzieć, że ludzie kupują domy jak szaleni - skomentował główny ekonomista NAR David Lereah.
Raport pobudził obawy przed tworzeniem się bańki cenowej na rynku nieruchomości. Zaledwie kilka dni wcześniej przed przegrzaniem cen na kilku lokalnych rynkach w USA przestrzegał prezes Rezerwy Federalnej Alan Greenspan. Szef Fed przewidywał jednak, że tempo wzrostu cen nieruchomości ulegnie zasadniczemu zwolnieniu. Przed możliwością pęknięcia bańki na lokalnych rynkach ostrzega Mike Englund, główny ekonomista Action Economics. Na razie jednak kupujący wydają się ignorować wszystkie ostrzeżenia.
Jednym z czynników schładzających koniunkturę mogą się okazać rosnące koszty kredytu. Na razie średnie oprocentowanie 30--letnich pożyczek na zakup domu wciąż nie przekracza psychologicznego progu 6 procent. Amerykańska Rezerwa Federalna wciąż podnosi krótkoterminowe stopy procentowe, co prędzej czy później odbije się na oprocentowaniu kredytów hipotecznych.