W ostatnim czasie przywołuje się często receptę na pobudzenie tempa wzrostu gospodarczego na obszarze ze wspólną walutą w postaci obniżenia stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny. Główną stopę EBC trzyma na poziomie 2% od dwóch lat. W zeszłym tygodniu rada Banku znów nie ugięła się pod presją i nie złagodziła polityki. - Jednogłośnie stwierdziliśmy, że stopy są na odpowiednim poziomie dla zagwarantowania stabilności cen i ochrony siły nabywczej gospodarstw domowych - powiedział o decyzji Jean-Claude Trichet, prezes EBC. Dodał, że stopy na obecnym poziomie "sprzyjają wzrostowi gospodarczemu i tworzeniu miejsc pracy".
O obniżenie stóp apelowali m.in. włoski premier Silvio Berlusconi i niemiecki minister gospodarki Wolfgang Clement. Ten pierwszy politykę prowadzoną przez EBC nazwał "destrukcyjną". O ile jednak głosy polityków można potraktować jako sposób na zdobycie poklasku wśród wyborców, opinie poważnych organizacji ekonomicznych należałoby wziąć bardziej serio pod uwagę. Natychmiastową obniżkę stóp zaleca OECD. "Przy [przewidywanym] spadku inflacji i utrzymywaniu się wysokiej luki mocy wytwórczych (output gap) w 2006 r., jest miejsce na rozluźnienie polityki monetarnej, chociaż trzeba się będzie z niej wycofać w miarę jak ożywienie gospodarcze zacznie się umacniać" - napisali ekonomiści organizacji przed dwoma tygodniami. Cięcie stóp sugeruje też Międzynarodowy Fundusz Walutowy. - W przypadku większego osłabienia w gospodarce europejskiej, nie powinno się go wykluczać - powiedział w połowie maja Rodrigo Rato, dyrektor zarządzający MFW.
Niższe oprocentowanie miałoby zachęcić przedsiębiorców do większych inwestycji - w przypadku obniżki realne stopy procentowe spadłyby z zerowego do ujemnego poziomu. Na razie redukcja stóp nie wchodzi jednak w grę. EBC wyklucza ją przede wszystkim na podstawie przyspieszającego wzrostu podaży pieniądza, który jest dla banku barometrem przyszłej inflacji. Podaż, mierzona agregatem M3, przekracza limit EBC nieprzerwanie od czterech lat. Zdaniem obserwatorów, ważny jest też argument ambicjonalny - bank centralny strefy euro nigdy jeszcze nie dał sobą sterować, szczególnie politykom.Kurs bardziej korzystny
Zmiana sytuacji na międzynarodowych rynkach walutowych sprawiła natomiast, że już nie słychać nawoływań EBC do osłabiania euro. Gdy w ostatnich dniach grudnia za jednostkę wspólnej waluty trzeba było płacić aż 1,36 USD, takie sugestie padały co chwilę. Dlaczego? Bo drogie euro niekorzystnie wpływa na konkurencyjność europejskich towarów na międzynarodowym rynku. A przy słabości popytu wewnętrznego to właśnie eksport miał w zeszłym roku (głównie w jego pierwszej połowie) decydujące znaczenie dla tempa wzrostu gospodarczego, ze szczególnym wskazaniem na Niemcy. Według OECD, u naszych zachodnich sąsiadów eksport wzrósł w zeszłym roku o 7,5%, gdy cała gospodarka rozwinęła się tylko o 1%.
Ze względu na wyraźną rozbieżność kierunku, w jakim podążają gospodarki europejska i amerykańska, oraz w reakcji na kolejne podwyżki stóp procentowych za Atlantykiem, euro od rekordowych notowań z grudnia ub.r. osłabiło się w stosunku do dolara już o 10%. Euro kosztujące w okolicach 1,22 USD oznacza, że waluta jest obecnie najtańsza od ośmiu miesięcy. Patrząc na dotychczasowe sześć i pół roku notowań wciąż jest droga, ale spadek kursu cieszy polityków i ekonomistów. Wolfgang Clement uważa, że kurs poniżej 1,25 USD to "dobry znak", który daje "wyraźną ulgę" gospodarce. - Ponieważ równocześnie spada cena ropy, takie warunki nie są złe dla eksporterów - stwierdził tydzień temu, gdy euro wchodziło w kolejną falę osłabienia.
Reformy powinny być