Reklama

Mało optymizmu w Eurolandzie

Mizerne tempo wzrostu obecnie i nie najlepsze perspektywy na przyszłość - tak można dziś scharakteryzować gospodarkę strefy euro. Poprawa sytuacji w dużym stopniu zależy od tego, czy mieszkańcy państw Dwunastki ponownie nabiorą do niej zaufania.

Publikacja: 06.06.2005 09:53

Gospodarka krajów Dwunastki w ostatnich miesiącach niezmiennie rozczarowuje ekonomistów, którzy co chwila są zmuszeni obniżać prognozy jej wzrostu.

Prognozy wciąż w dół

Od zeszłego tygodnia Komisja Europejska przewiduje tempo rozwoju państw strefy euro w tym kwartale na poziomie zaledwie 0,3% w stosunku do poprzednich trzech miesięcy, wobec 0,4% z prognozy opublikowanej w drugim tygodniu maja (jeszcze w kwietniu prognoza na II kwartał wynosiła 0,5%). Również w ubiegłym tygodniu prognozę wzrostu na cały bieżący rok obniżył Europejski Bank Centralny - z 1,6% do 1,4%. Tydzień wcześniej w dół poszły przewidywania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Paryska organizacja jest wyjątkowo pesymistyczna - twierdzi, że wzrost w strefie euro wyniesie w tym roku zaledwie 1,2% (pół roku temu mówiła o 1,9%).

Okazuje się więc, że wyraźniejsze przyspieszenie wartej 9,3 bilionów USD gospodarce Eurolandu na pewno nie jest kwestią nieodległej przyszłości, a wciąż pozostaje jedynie w sferze nadziei i pobożnych życzeń. Taki stan rzeczy OECD zrzuciła na karb drogiej ropy i aprecjacji euro do innych walut. Podkreśliła, że ewentualny kolejny skok cen surowca bądź umocnienie się europejskiej waluty może podkopać wątłe odrodzenie. Trzeba jednak pamiętać, że np. Stany Zjednoczone - przy równie drogiej ropie i kłopotach wynikających z gigantycznych deficytów w budżecie i na rachunku bieżącym - potrafią rozwijać się w tempie co najmniej dwukrotnie szybszym niż strefa euro. Ekonomiści podkreślają, że za słabość Eurolandu odpowiadają duże gospodarki Niemiec i Włoch, w przypadku których negatywne efekty każdego szoku zewnętrznego są widoczne ze zdwojoną siłą. Mniejsze kraje, jak Hiszpania czy Finlandia, znoszą je zdecydowanie lepiej.

Obniżyć stopy czy nie?

Reklama
Reklama

W ostatnim czasie przywołuje się często receptę na pobudzenie tempa wzrostu gospodarczego na obszarze ze wspólną walutą w postaci obniżenia stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny. Główną stopę EBC trzyma na poziomie 2% od dwóch lat. W zeszłym tygodniu rada Banku znów nie ugięła się pod presją i nie złagodziła polityki. - Jednogłośnie stwierdziliśmy, że stopy są na odpowiednim poziomie dla zagwarantowania stabilności cen i ochrony siły nabywczej gospodarstw domowych - powiedział o decyzji Jean-Claude Trichet, prezes EBC. Dodał, że stopy na obecnym poziomie "sprzyjają wzrostowi gospodarczemu i tworzeniu miejsc pracy".

O obniżenie stóp apelowali m.in. włoski premier Silvio Berlusconi i niemiecki minister gospodarki Wolfgang Clement. Ten pierwszy politykę prowadzoną przez EBC nazwał "destrukcyjną". O ile jednak głosy polityków można potraktować jako sposób na zdobycie poklasku wśród wyborców, opinie poważnych organizacji ekonomicznych należałoby wziąć bardziej serio pod uwagę. Natychmiastową obniżkę stóp zaleca OECD. "Przy [przewidywanym] spadku inflacji i utrzymywaniu się wysokiej luki mocy wytwórczych (output gap) w 2006 r., jest miejsce na rozluźnienie polityki monetarnej, chociaż trzeba się będzie z niej wycofać w miarę jak ożywienie gospodarcze zacznie się umacniać" - napisali ekonomiści organizacji przed dwoma tygodniami. Cięcie stóp sugeruje też Międzynarodowy Fundusz Walutowy. - W przypadku większego osłabienia w gospodarce europejskiej, nie powinno się go wykluczać - powiedział w połowie maja Rodrigo Rato, dyrektor zarządzający MFW.

Niższe oprocentowanie miałoby zachęcić przedsiębiorców do większych inwestycji - w przypadku obniżki realne stopy procentowe spadłyby z zerowego do ujemnego poziomu. Na razie redukcja stóp nie wchodzi jednak w grę. EBC wyklucza ją przede wszystkim na podstawie przyspieszającego wzrostu podaży pieniądza, który jest dla banku barometrem przyszłej inflacji. Podaż, mierzona agregatem M3, przekracza limit EBC nieprzerwanie od czterech lat. Zdaniem obserwatorów, ważny jest też argument ambicjonalny - bank centralny strefy euro nigdy jeszcze nie dał sobą sterować, szczególnie politykom.Kurs bardziej korzystny

Zmiana sytuacji na międzynarodowych rynkach walutowych sprawiła natomiast, że już nie słychać nawoływań EBC do osłabiania euro. Gdy w ostatnich dniach grudnia za jednostkę wspólnej waluty trzeba było płacić aż 1,36 USD, takie sugestie padały co chwilę. Dlaczego? Bo drogie euro niekorzystnie wpływa na konkurencyjność europejskich towarów na międzynarodowym rynku. A przy słabości popytu wewnętrznego to właśnie eksport miał w zeszłym roku (głównie w jego pierwszej połowie) decydujące znaczenie dla tempa wzrostu gospodarczego, ze szczególnym wskazaniem na Niemcy. Według OECD, u naszych zachodnich sąsiadów eksport wzrósł w zeszłym roku o 7,5%, gdy cała gospodarka rozwinęła się tylko o 1%.

Ze względu na wyraźną rozbieżność kierunku, w jakim podążają gospodarki europejska i amerykańska, oraz w reakcji na kolejne podwyżki stóp procentowych za Atlantykiem, euro od rekordowych notowań z grudnia ub.r. osłabiło się w stosunku do dolara już o 10%. Euro kosztujące w okolicach 1,22 USD oznacza, że waluta jest obecnie najtańsza od ośmiu miesięcy. Patrząc na dotychczasowe sześć i pół roku notowań wciąż jest droga, ale spadek kursu cieszy polityków i ekonomistów. Wolfgang Clement uważa, że kurs poniżej 1,25 USD to "dobry znak", który daje "wyraźną ulgę" gospodarce. - Ponieważ równocześnie spada cena ropy, takie warunki nie są złe dla eksporterów - stwierdził tydzień temu, gdy euro wchodziło w kolejną falę osłabienia.

Reformy powinny być

Reklama
Reklama

priorytetem

Według ekonomistów, za wysokie stopy procentowe (notabene i tak najniższe w powojennej historii) czy zbyt wysoki kurs euro, nie są kluczem do słabości ekonomicznej Dwunastki. Nieodmiennie pozostają nim czynniki strukturalne. "Celem polityki powinno być dokończenie tworzenia europejskiego rynku wewnętrznego, podniesienie efektywności rynku pracy i popieranie innowacji" - czytamy w raporcie OECD. Według ekonomistów tej organizacji, solidne fundamenty europejskiej gospodarki pozwoliłyby jej uodpornić się na szok zewnętrzny w postaci np. wahań kursu walutowego, i mogłyby stać się furtką do podtrzymania ożywienia.

Niemcy podjęli trudne, acz niezbędne reformy, uzdrawiając rynek pracy (bezrobocie najwyższe od czasów II wojny światowej) i system podatkowy. Bezrobotni, pozbawieni wielu przywilejów, zostali zmuszeni do szukania zatrudnienia, a fiskus stał się bardziej łaskawy dla przedsiębiorców. Wciąż jednak na reformy, w ramach programu Agenda 2010, czeka system emerytalny i zdrowotny. Podobnie szeroko zakrojony program przekształceń wdraża Francja. We Włoszech reformy idą w kierunku podniesienia przeciętnego wieku emerytalnego. "Te reformy muszą być pogłębione i mieć priorytet, z większym naciskiem na rozwiązanie niedoskonałości rynku pracy - szczególnie zbyt hojnego systemu świadczeń socjalnych, wysokiego klina podatkowego i restrykcyjnego prawa pracy - jak też na promowanie większej konkurencji na rynkach produktów" - napisali w kwietniu eksperci MFW.

Żeby rozwiązać narosłe przez lata problemy, nie wystarczy kilku miesięcy. Potrzebne są lata. Mimo to wzrost gospodarczy mógłby przyspieszyć już wcześniej - nawet teraz - gdyby obywatele uwierzyli, że przemiany przyniosą pożądane efekty. Spodziewając się rychłej poprawy sytuacji, konsumenci mogliby sięgnąć głębiej do kieszeni, a przedsiębiorcy śmielej inwestować, przyczyniając się do nakręcenia popytu wewnętrznego.

Kryzys zaufania

Tymczasem wskaźniki zaufania do gospodarki, w przypadku obu grup (konsumentów i przedsiębiorców), od kilku miesięcy niemal nieprzerwanie spadają. Indeks nastrojów przedsiębiorców z Eurolandu obniżył się w maju do poziomu najniższego od 21 miesięcy. Pesymizm konsumentów był najwyższy od roku. Kryzys zaufania widać w statystykach dotyczących wzrostu gospodarczego. W pierwszym kwartale w strefie euro wydatki na inwestycje spadły aż o 0,7% w porównaniu z poprzednim okresem - najmocniej od prawie trzech lat. Natomiast tempo wzrostu wydatków gospodarstw domowych siadło do 0,3%, poziomu połowę niższego niż kwartał wcześniej.

Reklama
Reklama

Na razie nic nie wskazuje, by poziom zaufania mógł się podnieść. Przeciwnie, "nie" dla unijnej konstytucji we Francji i Holandii - które w praktyce oznacza głos sprzeciwu dla dalszej europejskiej integracji w ramach Wspólnoty - może się przełożyć na jeszcze większy spadek. Choć eurokonstytucja zmienia przede wszystkim krajobraz polityczny, eksperci obawiają się ekonomicznych konsekwencji jej kompletnego pogrzebania. - Osłabnie rola Brukseli, silniejsze staną się poszczególne państwa, a to nie jest dobra wiadomość dla gospodarki - uważa Adam Posen, ekspert Instytutu Ekonomiki Międzynarodowej z Waszyngtonu. I twierdzi: Europę czeka stagnacja. Podobnych głosów słychać więcej.

Budowaniu zaufania do gospodarki nie sprzyja też rozpętana w ubiegłym tygodniu, za sprawą niemieckiego "Sterna", dyskusja o możliwości rozpadnięcia się strefy euro. W takich krajach, jak Niemcy czy Holandia, euro kojarzone jest przede wszystkim ze wzrostem cen i dlatego istnieje ryzyko, że pomysł powrotu do marki i guldena może się tamtejszej opinii publicznej spodobać. Szefowie EBC boją się takiego scenariusza i dlatego odrzucają możliwość rozpadu unii monetarnej. - To zupełny absurd. To tak jak zapytać, czy Kalifornia, Alaska czy Teksas chcą mieć własną walutę - stwierdził Jean-Claude Trichet.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama