W ub.r. udało się wypełnić zadanie z nawiązką. Sprzedaż na GPW 37,7% akcji największego polskiego banku detalicznego, PKO BP, dała 7,6 mld zł. Największa oferta publiczna w Europie Środkowowschodniej przyciągnęła na giełdę drobnych graczy, którzy mogli sporo na niej zarobić (m.in. dzięki dużemu popytowi zagranicznych inwestorów). Część z nich pozostała na rynku i uczestniczyła w kolejnych "państwowych" ofertach (np. Zelmera).
Oferta PKO BP zmniejszyła także znacząco lęki polityków przed takim sposobem prywatyzacji - zapewniła gigantyczne przychody, mimo że Skarb Państwa zachował kontrolę nad największym polskim detalistą. Nie jest to bez znaczenia, bo do sprywatyzowania pozostały trudne "politycznie" branże, jak sektor gazowy, wydobywczy, energetyczny czy chemiczny.
Wiele podmiotów z tych sektorów, w przeciwieństwie do PKO BP notującego świetne wyniki i mającego wystarczające kapitały, potrzebuje pieniędzy na rozwój, których nie jest w stanie zapewnić im państwowy właściciel. A po otwarciu naszego rynku, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, państwowe firmy nie mogą już być chronione - muszą konkurować z dużo większymi podmiotami ze "starej" Europy. W sytuacji, gdy politykom trudno oddać władztwo nad "strategicznymi" spółkami, najlepszym sposobem na pozyskanie przez nie pieniędzy wydaje się być giełda, zwłaszcza gdy panuje na niej hossa. Dlatego też resort zapalił zielone światło. Skutek? Wysyp ofert prywatyzacyjnych.
Projekty w poczekalniLista państwowych beneficjentów giełdowej hossy byłaby dłuższa, gdyby nie to, że minister Socha przychodząc do resortu zastał "puste szuflady". Niestety, kilku jego poprzedników nie tylko nie przeprowadziło żadnej oferty, ale także nie przygotowało żadnego projektu. Żałować można tego tym bardziej, że Ministerstwo Skarbu zaczyna wyraźnie zwalniać tempo. Powód? Zbliżające się wybory parlamentarne, które - jak wskazują sondaże - wygra obecna opozycja. A ta choć nie krytykuje prywatyzacji poprzez giełdę, z dnia na dzień coraz głośniej sprzeciwia się sprzedaży państwowych aktywów przez obecnie rządzącą ekipę. Dlatego choć KPWiG zatwierdziła już prospekty emisyjne ZA Puławy, ZCh Police czy PGNiG (w Komisji są jeszcze prospekty grupy energetycznej Enea oraz Elektrowni Kozienice), na wysyp "państwowych" ofert nie ma co w najbliższym czasie liczyć. Szansę na debiut przed wakacjami straciło bezpowrotnie PGNiG (spółka chciała pozyskać z giełdy 1,5 mld zł). Co więcej, nie jest pewne, czy ze względu na bliskość wyborów, uda się firmie sprzedać akcje we wrześniu. W nieco lepszej sytuacji są ZA Puławy oraz ZCh Police. Ich prywatyzacja nie budzi tak dużych emocji i kontrowersji wśród polityków, jak w przypadku gazowego monopolisty. Generalnie jednak w przedwyborczej atmosferze ministerstwo skarbu zamiast zbierać owoce swojej pracy, będzie zapewne raczej skupiać się na przygotowywaniu kolejnych ofert (Węglokoks, Ruch, Sklejka Pisz oraz Gamrat). O tym, kiedy kolejne spółki Skarbu Państwa zadebiutują na giełdzie, zdecydują już następcy ministra Sochy. Dwóch rzeczy mogą być pewni. Po pierwsze, będą mieli w czym wybierać. Po drugie, dla wielu firm to optymalna ścieżka prywatyzacji. Z korzyścią dla inwestorów, GPW i gospodarki.