Import równoległy polega na kupowaniu leków w krajach, gdzie są one - z różnych względów - tańsze, a sprzedawaniu tam, gdzie są droższe. Np. różnica między Węgrami a Polską w cenie maści Efudix wynosi prawie 100 zł. Takie dysproporcje częściowo wynikają z polityki producentów i regulacji prawnych. W państwach, które stosowały do tej pory import równoległy, uzyskiwano dzięki temu średnio o 20% niższe ceny sprowadzanych leków. W Polsce import równoległy jest możliwy od momentu wejścia do Unii, ale mało kto się o takie pozwolenia starał.
Problemem jest sama procedura - trzeba uzyskać zgodę resortu zdrowia osobno na każdy sprowadzany lek. - Do tej pory pozwolenia otrzymało 7 firm, a 8 złożyło wnioski - mówi Magda Horszewska z biura prasowego ministerstwa. Udało się nam dowiedzieć, że potentatem w imporcie stała się krakowska Delfarma, która pierwsza uzyskała zezwolenie, a dziś może importować już 8 leków. Pięć zezwoleń ma Blaufarma, 3 - Inter Pharma, po 2 - Puri-Pharma i Weterina Polska, a po jednym - Calier Polska i Handprot. To jednak mniejsi dystrybutorzy leków.
O zgodę na taki import nie wystąpił jednak żaden z wielkiej giełdowej piątki: PGF, Farmacol, Orfe, Prosper i Torfarm. Ci dystrybutorzy zgodnie tłumaczą, że import równoległy może się opłacać tylko mniejszym firmom. - Doszliśmy do wniosku, że import równoległy jest o wiele bardziej skomplikowany niż mogłoby to się wydawać i nie może przynieść dużych korzyści firmie. Nie chcielibyśmy też popsuć sobie relacji z dostawcami - tłumaczy Kazimierz Herba, prezes Torfarmu. Ryzyko jest duże - w ubiegłym roku GlaxoSmithKline przestał sprzedawać leki Syfaitowi, gdy okazało się, że ta spółka kupuje niektóre leki koncernu w Grecji i importuje na rynki całej Unii Europejskiej. Sprawa trafiła do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który ma rozstrzygnąć czy import równoległy nie narusza praw wspólnotowych.