Wczorajsza sesja niemal w całości podporządkowana była węgierskiemu indeksowi. Od samego rana było widać, że polskie fundusze nie za bardzo chciały dalej kupować polskie akcje. Skończył się byczy impuls płynący z "window dressing" i pierwszych wyników spółek, a rynek staje się mocno przegrzany. Tyle tylko, że wczoraj właśnie węgierski BUX "ubezpieczał" byki przed korektą i niemal wymusił przesunięcie ofert podaży na wyższe poziomy. Od kilku tygodni GPW wiernie naśladuje ten indeks, więc przy wzroście przekraczającym 2% nie mogło być mowy, by WIG20 przy braku innych informacji ruszył do korekty.

Część inwestorów wyraźnie jest zagubiona na takim rynku i obroty mocno spadły. Dylemat, przyznaję spory, bo sprzedawać w takim otoczeniu nie sposób, a z drugiej strony rynek dojrzał do korekty i jakikolwiek zwrot na światowych rynkach szybko zostanie u nas odzwierciedlony.

Na razie trzeba więc dalej trzymać się interpretacji, że przy tak ekstremalnej ujemnej bazie (rozciągniętej wczoraj o kolejne 7 pkt, do wartości minus 55 pkt) większe szkody wyrządzi ewentualny dalszy wzrost indeksu i związane z tym "wyciskanie krótkich" na kontraktach, niż ewentualny spadek WIG20. Na kontraktach po pierwszej emocjonalnej reakcji zniżka wymusi zmniejszenie bazy i dzięki temu będziemy mieć co najwyżej osuwanie.

Jeśli chodzi o analizę techniczną, to o oporach nie ma co mówić, a za pierwsze istotne wsparcie uznawać trzeba lukę hossy z ostatniego piątku. Ale o tym, że jej zamknięcie byłoby jedynie sygnałem ostrzegawczym, a jeszcze nie zmianą trendu, niech świadczy fakt, że nawet 38,2-proc.zniesienie fali wzrostowej rozpoczętej 22 lipca znajduje się niżej (2131 pkt), a jeśli patrzymy na cały trend wzrostowy od maja, to analogiczne zniesienie jest dopiero na 2030 pkt.