Firma ze Słupska w I półroczu zarobiła zaledwie 139 tys. zł - siedmiokrotnie mniej niż rok wcześniej. I to wszystko przy 21,1 mln zł przychodów - niższych od ubiegłorocznych o ponad 3 mln zł. W II kwartale sprzedaż wyniosła prawie 12 mln zł (14,7 mln zł rok wcześniej), a zysk netto 940 tys. zł (przed rokiem 920 tys.). Na poziomie operacyjnym spółka poniosła prawie 0,6 mln zł straty. Zysk netto wziął się z przeszacowania o 2,2 mln zł w górę wartości 26 hektarów terenów inwestycyjnych należących do firmy. Zarząd przyznał jednocześnie, że Plast-Box nie będzie w stanie zrealizować tegorocznej prognozy, która mówi o 4,8 mln zł zysku i 49,3 mln zł przychodów.
Dlaczego inwestorzy
kupują?
W ubiegły wtorek kurs Plast--Boksu spadł do najniższego w historii poziomu - 10,5 zł (rok wcześniej akcje kosztowały trzykrotnie więcej). Ale później notowania szły do góry. W piątek sięgnęły 11,6 zł. Czy inwestorzy uznali, że gorzej już być nie może? Ze słów prezesa wynika rzeczywiście, że firma najgorsze może już mieć za sobą. - Sama tylko sprzedaż na Ukrainę przyniosła nam 1,36 mln zł straty. Ale od sierpnia to się zmieni. Zdecydowaliśmy się odciąć pępowinę łączącą nas z ukraińską firmą - zapowiada Waldemar Pawlak, prezes Plast-Boksu.
Giełdowa spółka wybudowała na Ukrainie nowy zakład, z którego uruchomieniem były jednak same problemy. Tamtejszy rząd zmienił przepisy dotyczące zagranicznych inwestycji, przez co fabryka straciła część ulg, a na dodatek - odpisy VAT-u mogła rozpocząć dopiero po uruchomieniu sprzedaży. - To była przemyślana decyzja. Uznaliśmy, że trzeba utrzymać rynek, nawet ponosząc straty. Dlatego eksportowaliśmy na Ukrainę - tłumaczy W. Pawlak. Teraz ukraiński zakład już sam będzie produkować dla tamtejszych i rosyjskich odbiorców. Plastikowe opakowania Plast-Boksu z Ukrainy nie będą objęte cłem, jakie dotyczy towarów unijnych sprzedawanych w Rosji. - To zapewni nam dodatkowe korzyści. Do tego trzeba dodać, że nasza działalność w kraju i eksport na rynki Unii wciąż są opłacalne - mówi prezes.