spotyka na poważną barierę w postaci braku inwestycji. Cały czas motorem
wzrostu pozostaje eksport, który mimo mniej korzystnego układu kursów jakoś
się trzyma. Niestety raczej nie można liczyć na zbyt wielkie łagodzenie
polityki pieniężnej, a tym samym pomoc ze strony niższych stóp procentowych
już raczej nie nadejdzie. Już obecnie układ rentowności papierów polskich i
amerykańskich (czytaj wolnych od ryzyka) jest mniej korzystny niż choćby pół
roku temu, a trzeba zauważyć, że trwa proces, który tą dysproporcję nadal
zmniejsza. RPP nie może ciąć stóp procentowych bez oglądania się na możliwe
negatywne skutki takich decyzji. Rosnąca rentowność papierów wolnych od
ryzyka wymusza odpowiedni poziom naszych stóp. Nie żyjemy w próżni. To jest
wynik globalizacji i otwarcia naszego rynku na obecność kapitałów
zagranicznych. Te oceniają nasz rynek jako ryzykowny i nie można się na to
obrażać, a raczej starać się, by ta ocena powoli się zmieniała na korzyść.
Co gorsza, wydaje się, że trwający w USA wzrost rentowność papierów dłużnych
nie jest tylko chwilowym wahnięciem, ale powolną zmianą, która jeszcze
trochę potrwa. Mamy za sobą pewne lokalne przesilenie, ale nie sądzę, by ten
proces miał szansę wyhamować. Obecnie najważniejszym problemem amerykańskich
inwestorów jest rosnąca inflacja. Niestety, jest to także nasz probleuż od dłuższego czasu.
Teraz, kilka wystąpień członków Fed jakby otrzeźwiło inwestorów. Wysokie
ceny ropy oraz innych surowców energetycznych musiały znaleźć
odzwierciedlenie w wielkości inflacji, a zatem w przyszłych decyzjach FOMC.
Jeszcze przed miesiącem na poważnie rozważano możliwość zatrzymania
trwającej od kilkunastu miesięcy sekwencji podwyżek stóp procentowych. W
sumie nie wiadomo, na jakiej podstawie. Wprawdzie wakacyjne wskaźniki
aktywności gospodarczej rozczarowywały, ale przecież zagrożenie inflacyjne
nie znikało. Teraz rynek jakby przejrzał na oczy i dojrzał do tego, by
przyjąć, że stopy będą nadal rosły. To nagłe otrzeźwienie przeniosło się na
niechęć do posiadania akcji. Ta powoli przeradzała się w małą panikę. Każda
wiadomość dotycząca inflacji była szybko odzwierciedlona w spadku cen akcji.
W piątek, gdy wrześniowa inflacja została opublikowana, ceny wzrosły. Czy
jest to zaskoczeniem? Nie bardzo, bo czym rynek mógł się rozczarować, gdy
miał już w cenach czarne scenariusze?
Inflacja okazała się wyższa od prognoz i wyniosła 1,2%. Szybko podano, że to
najwyższy wzrost od 25 lat. Robi wrażenie, co? Gdy jednak spojrzymy na
wartość core (inflacji bazowej) to okazuje się, że wzrost wyniósł jedynie
0,1%. Po raz kolejny głównym czynnikiem (90%) wzrostu wskaźnika cen była
wysoka dynamika wzrostu cen nośników energii. Można się tylko zastanawiać,
jak długo wysokie ceny ropy czy gazu nie będą wpływać na pozostałe składniki
koszyka. Na razie mamy cudowny mechanizm separacji. Rosną koszty
gospodarowania, ale ceny usług czy towarów nieżywnościowych jakoś się
trzymają w ryzach. Wygląda tak, jakby na poziomie producentów istniała jakaś
magia. Wyższe koszty produkcji nie przekładają się na wyższe ceny produktów,
a wyniki osiągane przez przedsiębiorstwa jakoś szczególnie się nie psują.
Jak pokazał ostatni raport Departamentu Pracy dynamika płac jest ujemna, a
więc widać, gdzie przedsiębiorstwa szukają oszczędności. Tak łatwo jednak
nie będzie. Wpływ wysokich cen energii jest także pośredni. Rośnie koszt
pieniądza, a więc finansowanie kredytów pochłania coraz więcej środków.
Trzeba też pamiętać, że wzrost cen energii dotyka także gospodarstwa domowe.
Już teraz mówi się, że rachunki za gaz (najczęściej wykorzystywane paliwo do
ogrzewania w czasie zimy) będą w tym roku wyższe od tych z roku poprzedniego
przynajmniej o 50%, a jeśli zima będzie sroższa niż zwykle, to nawet o 70%.
Przypomnę także o wyższej cenie paliwa do samochodów. Tym samym fundusz
gospodarstw domowych na pozostałe zakupy się kurczy, a zatem i potencjał na
zwiększenie przychodów przedsiębiorstw też jest ograniczony.
Od czego jest kredyt? Niestety i tu możliwości maleją. Fed powoli zaczyna
przykręcać kurek z pieniędzmi. Nie chodzi tu tylko o wysokość stóp
procentowych, ale także i o analizę poziomu podejmowanego przez banki
ryzyka. Na pierwszy rzut poszły kredyty zabezpieczane hipotecznie. Fed jest
zaniepokojony zmniejszeniem się standardów przy ocenie ryzyka pożyczkobiorcy
oraz sposobami zabezpieczenia się banków przed spadkiem cen nieruchomości
oraz niewypłacalnością klientów.
Temat kredytów hipotecznych to temat rzeka. Same w sobie są poważnym
obciążeniem dla gospodarstw domowych. Rosnące stopy procentowe tylko to
pogłębiają. Warto odnotować, że w ubiegłym tygodniu średnia stopa procentowa
kredytu 30-letniego przekroczyła poziom 6% i oczekuje się dalszej zwyżki.
Już pojawiają się analizy, na jakim poziomie oprocentowania kredytów
hipotecznych skutki zacznie odczuwać cała gospodarka. Mamy tu dwojaki wpływ.
Z jednej strony wzrośnie wartość miesięcznej płatności kredytów, a z drugiejedyty o znacznie poważniejszym wyczuleniu na bieżące zmiany
stóp procentowych, a tym samym już niższy poziom stóp może poważnie wpłynąć
na możliwości wydatkowe gospodarstw domowych.
Jak widać, perspektywa wysokości stóp procentowych w USA nie jest dla nas
korzystna. Niestety chyba nie wszyscy są tego świadomi. Trudno nie odnieść
się do ostatnich wypowiedzi członków PiS, czyli partii odpowiedzialnej za
formowanie rządu, które sugerują, że ich autorzy mają dość wąski obraz
możliwości członków RPP. Zdaniem kandydata na premiera K. Marcinkiewicza,
bezpiecznym poziomem stóp procentowych dla naszej gospodarki to 2,5-3%.
Ciekawe jak to wyliczył i jak ma się to do zmian w Stanach? Niestety nie
jest to odosobniona wypowiedź. Cezary Mech, jeden z poważnych kandydatów na
stanowiska ministra finansów, jest zdziwiony, że "w krajach Unii
Europejskiej inflacja jest wyższa, a stopy procentowe niższe niż u nas".
Rozważania o wysokości stopy zwrotu bez uwzględnienia czynnika ryzyka jest,
mówiąc delikatnie, zadziwiające. Swoistym kuriozum chęci i życzeń członków
przyszłego rządu jest z jednej strony marzenie o niskich, europejskich
stopach procentowych, a z drugiej wysyłanie wyraźnych sygnałów, że wejście
do strefy euro, które mogłaby nasze stopy do tych europejskich przybliżyć,
nie należy do najważniejszych celów rządu.
Wpływ zmian rentowności papierów dłużnych w USA jest dla nas niekorzystny
Wykres_1.gif i skłania inwestorów zagranicznych do alokacji kapitału z
rynków ryzykownych do bezpieczniejszych. Inwestorzy zagraniczni opuszczają
nie tylko rynek obligacji, ale i akcji. Stąd można sadzić, że koniec hossy
jest bliski. Ostatnie spadki może i przestraszyły, ale chyba nie jest to
jeszcze początek bessy. Jak już sygnalizowałem tu wielokrotnie, poważniejsze
szczyty były poprzedzone wykreśleniem głębszej korekty. Miało to swoje
uzasadnienie ze względu na poziom emocji. Rynek w momencie kreślenia szczytu
powinien tryskać optymizmem. Wszelkie obawy powinny pękać, jak bańki
mydlane, a opory powinny być łamane, jak zapałki. Takiego optymizmu jeszcze
u nas nie było. Ba, rynek w momencie kreślenia ostatniego lokalnego szczytu
był "mądry". Ujemna baza sygnalizowała, że gracze na rynku spodziewają się
osłabienia Wykres_2.gif Jaki potencjał ma ruch, który był oczekiwany?
Niewielki. W związku z tym, nie sądzę, by obecne spadki mały się znacznie
przedłużyć. Jestem skłonny przyjąć tezę, że dobiegają końca.
Kamil Jaros