Już na początku wczorajszej sesji można było odnieść wrażenie, że ze wzrostem cen będzie problem. Otwarcie, dzięki dobrym piątkowym notowaniom w USA, było wprawdzie pozytywne, ale ceny rosły przy bardzo małej aktywności. Tym samym nie pozwalała ona na wnioski, że za wzrost cen odpowiada poważniejszy popyt, a więc, że sama zwyżka ma szansę na kontynuację.
Jest to w tej chwili o tyle ważne, że powoli szykujemy się do powrotu do trendu wzrostowego. Zatem szansa na kontynuację może po prostu oznaczać, że ceny idą w kierunku nowych rekordów. Wczorajszy wzrost dobrze nie rokował, co zresztą znalazło potwierdzenie w kolejnych godzinach handlu.
To wyczulenie na "jakość" wzrostu, a raczej na źródło popytu, wynika z faktu, że obecnie szukamy okazji do zajęcia długich pozycji. Zatem jeśli wzrost będzie poparty większą aktywnością, będziemy mogli poważniej pomyśleć o ustawieniu zleceń. Wtedy będziemy mogli sądzić, że zakupy są dokonywane przez graczy, którzy ryzykują własne środki na grę na wzrost cen.
Po wczorajszych notowaniach dochodzę do wniosku, że zanim rynek skoczy w górę, będzie musiał przeżyć niemiłą dla byków chwilę testu, bądź nawet zejścia pod poziom dotychczasowego dołka na 2276 pkt. To przypuszczenie wynika z analizy panujących na rynku nastrojów. Wczoraj w pewnych momentach baza rozciągała się do ponad 40 pkt po ujemnej stronie, ale cały czas szukano okazji do zakupów. W końcówce odległość notowań kontraktów od indeksu zmalała do 30 pkt. Patrząc na ostatnie dni, jest to zbyt mało, by podnieść ceny. Rynek nie jest jeszcze wystarczająco pesymistyczny. Z pewnością poziom pesymizmu wzrośnie, gdy ceny zbliżą się lub spadną pod poziom ostatniego lokalnego dołka. Obecnie sygnałem kupna, bez czekania na wspomniany test, byłoby skuteczne wyjście cen ponad poziom 2350 pkt.