Dokładnie dwa lata temu zachłystywaliśmy się koncepcjami naprawy finansów publicznych serwowanymi nam przez wicepremiera Hausnera. Szybko okazało się, że założenia założeniami, strategie strategiami, a rzeczywistość, przynajmniej ówczesna, rzeczywistością. Nic nie wyszło, co najwyżej znowu "dostało się" emerytom.
Plan Hausnera dotyczył głównie racjonalizacji wydatków budżetu. O reformie podatkowej nie mówiono prawie w ogóle, a jeśli już, to tylko w kontekście planów jej przeprowadzenia, ale... po kadencji miłościwie nam wtedy panujących. Jedyną decyzją, jak najbardziej słuszną zresztą, było obniżenie podatku CIT. Tak na marginesie, skutki tej decyzji zaskoczyły pomysłodawców, którzy na konferencjach prasowych próbowali znaleźć przyczynę wyższych od planowanych wpływów do budżetu po obniżeniu tego podatku. Jak to się stało, skoro stawka podatkowa spadła? No właśnie, jak...? No cóż, tak to jest, jak się nie uwzględnia tego, że niższe podatki oznaczają mniej kombinacji, by ich nie płacić.
Ostatnie miesiące to z kolei okres, w którym temat podatków zdecydowanie dominował. O ogólnej konieczności ich obniżenia w każdej postaci mówili praktycznie wszyscy (poza nieśmiertelną Samoobroną, której przedstawiciele przebąkiwali coś o nawet sześćdziesięcioprocentowym "picie"). Najgłośniejszym echem odbiło się, oczywiście, słynne PO-wskie "3 razy 15". Sporo mówiono także o koncepcji PiS-u - partia ta pokazała nawet szacunkowe wyliczenia skutków wprowadzenia nowych pomysłów.
Dwa lata temu mieliśmy więc przede wszystkim drążenie tematu wydatków budżetu, teraz zaś głównie mówi się o podatkach. W temacie "wydatki" większość partii ogranicza się do tezy, że "oszczędności trzeba szukać w administracji", ale konkretów w zasadzie nie ma. Niektórzy chcą na administracji oszczędzić nawet więcej, niż się na nią wydaje. Ot, taki polski paradoks...
I tu jest właśnie problem. Jeśli bowiem mówimy o reformie systemu finansów publicznych, to musi ona dotyczyć całości, a więc zarówno wpływów, jak i wydatków. Jeśli chcemy obniżyć podatki, to wiadomo, że musi to, przynajmniej w pierwszym okresie, oznaczać niebezpieczeństwo niższych wpływów. Jeśli ktoś ich nie zakłada, nie mówi o obniżeniu podatków, a jedynie o przesunięciu płatności. Czyli, albo ktoś płaci więcej, żeby ktoś mógł płacić mniej, albo płacimy np. mniejszy PIT, ale jednocześnie wyższy VAT itd. Rachunek jest bardzo prosty. Jeśli naprawdę chcemy obniżyć podatki, to nie ma wątpliwości: kluczem do wszystkiego jest reforma wydatków. Tylko ich uporządkowanie i maksymalne ograniczenie da przestrzeń do obniżek obciążeń podatkowych i parapodatkowych. A te dadzą z kolei szanse na intensyfikację wzrostu gospodarczego. Inne działania będą tylko żonglowaniem i przesuwaniem z jednej kupki na drugą.