Systematyczna deprecjacja wartości złotego, która trwała praktycznie aż do drugiej połowy 2000 roku, spowodowała, że przez wiele lat - oczywiście poza szaleństwem początkowego okresu - polscy inwestorzy mogli z powodzeniem inwestować na zagranicznych giełdach. I to bez większych obaw o ewentualną utratę jeszcze bardziej atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych dostępnych w tym okresie w Warszawie.
Kolejna obserwacja dotyczy samego poziomu wahań średnich cen giełdowych w ciągu tych wszystkich lat, która musi prowadzić nieodzownie do pytania o możliwości oparcia naszych inwestycji o strategie odmienne od tych, które polegają jedynie na biernym akceptowaniu bardzo uśrednionych wyników rynkowych. Nie chodzi tu o zachęcanie do indywidualnych ruchów spekulacyjnych, ale o poszukiwanie gotowych rozwiązań oferowanych przez profesjonalne firmy inwestycyjne.
Patrząc bowiem na wykres S&P 500 i WIG, nasuwa się pytanie, co by było, gdyby polski rynek akcyjny był tak dojrzały, jak rynki światowe i gdyby na warszawskiej giełdzie możliwe było inwestowanie w sposób typowy dla funduszy hedgingowych.
Pełna moc rynku
Załóżmy przez chwilę, że od samego początku swojego istnienia warszawska giełda pozwalała - zarówno z prawnego, jak i z operacyjnego punktu widzenia - na inwestowanie w oparciu o tzw. strategie neutralne. Polegają one - w bardzo dużym skrócie - na jednoczesnym inwestowaniu po krótkiej i po długiej stronie rynku akcyjnego.
Załóżmy także, że lokalny talent inwestycyjny nie potrzebował ostatnich kilkunastu lat na zebranie wystarczających doświadczeń i na udowodnienie, że istnieją na polskim rynku akcyjnym prawdziwi inwestycyjni "geniusze". Chodzi o tych, którzy odrzucają powszechnie uznane teorie inwestycyjne i którzy wierzą, że w dłuższym okresie możliwe jest uzyskiwanie wyników znacznie lepszych od tych oferowanych przez średnie indeksy giełdowe. Trzeba tylko zawinąć rękawy, wykonać pracę domową w oparciu o fundamentalne analizy wartości spółek i zignorować krótkoterminowe trendy i rynkowe mody.