Inwestowanie na rynkach finansowych kojarzy się potocznie z obstawianiem spadku bądź wzrostu wartości jakiegoś instrumentu poprzez zajęcie krótkiej bądź długiej pozycji. Gdy rynek rośnie, powinniśmy mieć pozycję długą. Gdy rynek spada, powinniśmy mieć pozycję krótką. No właśnie, czy faktycznie "powinniśmy"? Czy faktycznie jesteśmy zmuszeni do ciągłego przebywania na rynku. Jeśli tak, to co nas do tego zmusza? Czy chwila przerwy zaprzepaści wszelkie wcześniejsze wysiłki oraz zagrozi przyszłym? Czy nie lepiej pozostać z boku i nic nie robić?

Sprawa nie jest taka prosta. Wiele zależy od narzędzi, jakimi się posługujemy, od charakterystyki samego rynku oraz naszych możliwości. Jeśli ktoś inwestuje indywidualnie i krótkoterminowo na foreksie, to jakby z założenia zmuszony jest ograniczyć swoją aktywność do pewnego okienka czasowego. Nie sposób przecież siedzieć przed komputerem 24 godziny na dobę. Pewnym rozwiązaniem jest oparcie się na danych dziennych i wybór dogodnego momentu składania zleceń, ale przecież nie każdemu może to odpowiadać.

Rynek giełdowy pod tym względem wydaje się przystępniejszy. Mamy stałe godziny notowań "od do" i poza nimi możemy się zająć czymś innym. Jednak nawet na giełdzie niekoniecznie trzeba cały czas "siedzieć na czymś". Faktycznie bowiem nikt nas nie zmusza do tego, by codziennie narażać się na stres oraz narażać kapitał na zmiany wartości. Niby to wiadomo, a mimo wszystko większość (zwłaszcza początkujących) inwestorów nie jest w stanie pozostać neutralnymi w stosunku do zachowań rynku. Coś zmusza do zajęcia pozycji. Są chwile, gdy "czuje się", że rynek wykona taki czy inny ruch albo właśnie go wykonuje i mamy nieodpartą chęć "podłączenia się". Robimy to nawet wtedy, gdy nasze metody mówią coś innego. Z reguły aktywność wywołana taką "nieodpartą" siłą ma dla naszego kapitału marne konsekwencje. Czy nie lepiej było "nic nie robić"?

Nie mam nic przeciwko stałej obecności na rynku, ale musi to być decyzja świadoma. Zwykle jednak częste transakcje lub stałe posiadanie jakiejś pozycji wynika ze strachu. Wielu inwestorów boi się utraty potencjalnych zysków. "Lepiej być na rynku, bo ceny mogą ruszyć w każdej chwili." Ten strach jest specyficzny, bo istnieje jakby obok strachu przed stratą. Obawa przed uciekającymi zyskami ma wiele wspólnego z chciwością. Chcemy więcej, więc czasem tylko z tej przyczyny zachowujemy się mało racjonalnie. Ta zasada nie dotyczy zresztą tylko inwestorów samodzielnie składających zlecenia. Jest wykorzystywana choćby w reklamach funduszy inwestycyjnych. Po okresie wielomiesięcznej hossy, łatwo jest pochwalić się wysoką stopą zwrotu. Czy nie miło jest zarobić 50% rocznie? O ryzyku mówi się wtedy znacznie mniej. Każdy oglądający reklamę ma niesmak i poczucie, że coś stracił, bo nie zainwestował. Może więc zrobić to teraz?

W trudnej sytuacji są też analitycy i doradcy nagabywani o przyszły kierunek ruchu cen. Odpowiadając "nie wiem" w oczach laika taka osoba staje się zupełnie niewiarygodna. Doradca ma tego świadomość, więc jakby zmuszony jest do określenia się - otwarcia wirtualnej pozycji. Tu sytuacja jest znacznie gorsza, bo ta "pozycja" jest zwykle długoterminowa i nie posiadająca zlecenia stop. Każdy, kto stawia jakieś warunki swojej prognozie, jest wyśmiewany za brak profesjonalizmu. "Skoro nie potrafi jasno się określić, to jak on zarabia?" To nic, że prognozowanie z zarabianiem nie ma wiele wspólnego. To wiedzą tylko osoby, które się tym zajmują codziennie. Nagabywany jest pod presją i zwykle jej ulega. Zawsze musi mieć gotową odpowiedź i robiąc dobrą minę bełkotać o przyszłych ruchach cen.Czy my także musimy tym siłom ulegać? Brak pozycji to żaden wstyd, a czasem oznaka roztropności. Dotyczy to zwłaszcza okresów, które potencjalnie mogą być dla nas niebezpieczne. Myślę, że właśnie teraz do takiego okresu się zbliżamy. Hossa trwa już ponad cztery lata. Każdy trend się kiedyś kończy, a przecież wyznaczanie szczytu to chyba najtrudniejszy moment w rynkowym cyklu. Teraz pewnie będzie podobnie. Zmienność zaczyna mocno rosnąć, a może być ona jeszcze większa. Czy naprawdę warto ryzykować kapitał? Czy nie lepiej odczekać na pojawienie się wiarygodnych sygnałów zmiany trendu na spadkowy i podpięcie się pod nie? Są sytuacje, gdy "nicnierobienie" przyniesie nam więcej pożytku niż szarpanie się na rynku.