Minister transportu i budownictwa Jerzy Polaczek zapowiedział niedawno, że budowa autostrad w systemie partnerstwa publiczno-prywatnego to już historia. Przyszłość widzi w państwowych spółkach celowych, budujących konkretne odcinki

Problem w tym, że resort infrastruktury odziedziczył trwające przetargi na budowę A1 i A4 właśnie w systemie PPP. W piątek Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad otworzyła, zgodnie z harmonogramem, oferty przy kwalifikacji wstępnej na wybudowanie i zarządzanie 198-km odcinka A1 między Strykowem (w pobliżu Łodzi) a Pyrzowicami (okolice Katowic). Szacuje się, że prywatny inwestor musiałby wyłożyć na jej budowę ponad 1 mld euro. Postępowanie wstępne służyć miało głownie ocenie, czy zgłoszone podmioty są w stanie sfinansować tak ogromną inwestycję. Na tym etapie oferenci nie prezentowali jeszcze swojej ceny za 1 km.

Okazuje się, że o koncesję ubiega się 9 konsorcjów, w skład których wchodzą giganci drogownictwa na świecie. Kulczyk Holding, akcjonariusz Autostrady Wielkopolskiej, stworzył grupę "Autostrada Południowa" z francuskim Eiffage i tamtejszym zarządcą autostrad - Sanefem. Budimex wystąpił poprzez spółkę Autostrada Południe (ze swoim akcjonariuszem - hiszpańskim Ferrovialem). Konkurują z nimi m.in. hiszpańska Acciona oraz francuskie Vinci (specjalista od koncesji) i Bouygues (ta ostatnia wspólnie z PKO Inwestycje i spółkami Intertoll i NDI tworzy konsorcjum "A1-South"). Polskim rynkiem zainteresowały się także: największy zarządca autostrad we Włoszech - Autostrade (startuje razem ze Stalexportem), największa grecka spółka drogowa - J&P AVAX (startuje z inną grecką spółką - FCC), jak również jeden z większych banków inwestujących w infrastrukturę na świecie - australijski Macquarie Bank (razem z niemiecką spółką budowlaną Bilfinger Berger, portugalskimi Brisą i MSF oraz Bankiem Millennium tworzy konsorcjum "Grupa A1").

Tak imponująca lista ubiegających się o kontrakt powoduje, że resort waha się, czy anulować przetarg. Pogorszy to bowiem opinię o polskim rynku wśród światowych wykonawców. - Analizujemy ten przypadek, patrzymy na straty i korzyści - powiedział nam Piotr Stomma, wiceminister odpowiedzialny za drogownictwo. - Prawdopodobnie najpóźniej za dwa tygodnie będziemy wiedzieli, co robić dalej - dodał. Część oferentów zapowiedziała już, że w razie odwołania przetargu zażąda zwrotu kosztów przygotowania dokumentacji. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że resort sprawdza, czy postępowania nie da się przypadkiem zakwestionować ze względu na formalne uchybienia GDDKiA.