Zapowiadała się nudna sesja i taka faktycznie była. Wprawdzie patrząc na sam wykres można odnieść wrażenie, że działy się zajmujące rzeczy. Nic z tego. Od początku do końca aktywność była licha. Na tyle, że każdy ruch cen nie miał większego znaczenia, gdyż mógł być spokojnie uznany za przypadkowy. W czasie całej sesji nie było widać większych graczy i to mimo poważnego umocnienia się złotego. Ruchy na rynku walutowym przez rynek akcji zostały zupełnie zignorowane.

Senny początek zamienił się w spadek i ustalenie minimum sesji 2 pkt nad poziomem piątkowego zamknięcia. Później mieliśmy powolny wzrost i wyrównanie rekordu z poprzedniego poniedziałku. Gdyby nie śladowy obrót, można byłoby odnieść wrażenie, że popyt przejmuje inicjatywę. Kolejne dwie godziny sesji to jednak powolne osuwanie. W końcówce zafundowano nam przeczesanie stopów ustawionych na nowych rekordach. Przy niemal biernym rynku kasowym kontrakty wyszły na nowe szczyty hossy. Kurs skoczył w górę pchany przez zamykających krótkie pozycje. To po części strach przed stratą, ale także konsekwencja trwającego właśnie procesu rolowania pozycji.

Właściwie nie ma się co obrażać. W końcu trend jest wzrostowy i nowe rekordy nie powinny dziwić. Problem w tym, że w takim stylu za daleko rynek nie zajedzie. Nie ma tu mowy o poważnym ataku, którego autorami mieliby być gracze skłonni zaryzykować grę na dalszy silny wzrost. To zmusza nas do wzmożonej czujności. Skoro ceny rosną, to pozostaje to zaakceptować nawet jeśli ma się wątpliwości. Przypomnę, że o zmianie nastawienia na spadki decyduje fakt przełamania jakiegoś wsparcia, a nie problemy ze wzrostem, bo to dwie różne sytuacje. Bierność popytu nie jest tożsama z atakiem podaży.