Właśnie opublikowaliśmy (w poprzednim, świątecznym PARKIECIE) kolejny ranking największych - najbogatszych - giełdowych inwestorów, także indywidualnych. Jest w księgarniach sporo książek, wspominających najzamożniejszych Amerykanów i opowiadających o tym, jak zarobili wielkie pieniądze. Polskie fortuny są z reguły sporo mniejsze (z całym szacunkiem - nawet panu Karkosikowi z jego 1 mld USD ulokowanym na giełdzie daleko do Billa Gatesa czy Warrena Buffetta), ale - jestem pewien - historie ich powstania nie mniej barwne i fascynujące.
Jak mawiał Kisiel: żeby zrobić biznes, trzeba mieć milion. A żeby go mieć, trzeba z reguły ukraść - bo takie są wilcze prawa kapitalizmu. Na szczęście to nie jedyna prawda teoretyków "kapitalizmu znanego z widzenia", która - dzięki Bogu - nie zawsze się sprawdza. Bo można np. otrzymać milion od ojca, jak najsłynniejszy w Polsce doktor. Po sprzedaży akcji Telekomunikacji i PKN nie ma szans na powrót na podium (8. miejsce w zestawieniu najbogatszych inwestorów prywatnych). Wypłynąć na szerokie wody dzięki - w jakimś przecież sensie koncesjonowanej - akuszerce przy największych prywatyzacjach, to każdy by potrafił. Ale może i bez niej doktor pokaże jeszcze na parkiecie, i poza nim, co potrafi.
Nie każdy jednak miał takie szczęście, by zasiąść do gry z milionem w kieszeni.
Jeśli mnie pamięć nie myli, Roman Karkosik zaczynał od sprzedaży oranżady, a później, zdaje się, piwa - dawniej towarów nad wyraz deficytowych. Nie wiem, czy zgodnie z rynkową tradycją chrzcił jedno albo drugie (tu też Amerykanie dawali przykład, jak ów miliarder, który zarobił krocie, sprzedając rządowi strzelby pozbawiające żołnierzy palców), ale był to na pewno w okresie niedoborów strzał w dziesiątkę. I dla niego, i dla konsumentów. Wierzę, że nie mniej barwne historie mają do opowiedzenia - jeśliby tylko chcieli opowiadać... - i pan Czarnecki, i pan Sołowow, i pan Krauze (niestety, w tym samym numerze naszej gazety przyznał, że pieniądze to w Polsce nie jest dobry temat). Ale zostawmy wielkich tego świata...
Zwróćmy uwagę na dalsze pozycje rankingu. Właściciel ZPUE (130. miejsce w rankingu wszystkich inwestorów) zaczynał biznes w garażu i to nie własnym, ale teścia. Składał urządzenia dla zakładów energetycznych, które miały duże wzięcie. Tak duże, że musiał zatrudnić jedną osobę do pomocy, później drugą... Na koniec ubiegłego roku dawał pracę - jako właściciel ZPUE - 650 osobom. I wybudował - sobie i im - ładną, nowoczesną fabrykę.