Wczorajsza sesja nie była przełomową, ale nikt zapewne takiej się nie spodziewał. Pewnym wydarzeniem było wyznaczenie rekordu na rynku terminowym. Kolejnego w ostatnich dniach. Zapewne cieszy to posiadaczy długich pozycji, ale faktycznie wiele nie zmienia w ocenie rynku. Trend jest w końcu wzrostowy, a zatem nowe jego maksimum nie jest zaskakujące.
Faktycznie sesję można uznać za mało ważną. Kończy się rok. Przed nami jeszcze tylko dzień. Zapewne ponownie będzie to sesja o niskiej aktywności, a tym samym będzie ona miała ograniczoną istotność nawet jeśli ponownie zaliczymy rekordy hossy. Weryfikacja tego wzrostu nastąpi już w styczniu. Wtedy poznamy, na ile szczere były zamiary kupujących. Wtedy bowiem można oczekiwać większej podaży od graczy liczących, że początek roku będzie dla rynku mniej pomyślny. Można podejrzewać, że pojawi się nieco większa korekta. To będzie zadanie dla popytu - by spadek był możliwie mały. Jak zwykle w takich wypadkach o ocenie stanu rynku (czytaj - o sile popytu) zadecyduje głębokość korekty.
Na razie nie ma się czego obawiać. Wsparcia, których pokonanie mogłoby coś zmienić, są na tyle daleko, że podaż może się nieco pobawić. Przypomnę, że pierwszym poważniejszym wsparciem jest lokalny dołek z połowy grudnia. Baza jest dodatnia, ale to chyba jeszcze nie jest ten szczyt, na jaki czekaliśmy. Nie ma euforii zakupów. To, o czym mówię, miało miejsce na rynku złota. Każdy zauważy, że oba wykresy się od siebie różnią dynamiką ruchu. Zatem jeśli zobaczymy spadek, to ponownie można zakładać, że będzie to tylko korekta i po jakimś czasie ponownie będziemy zaliczać szczyty. Pomocna może być linia średniej. Po tak mocnym wzroście pierwsze jej przebicie z reguły jest mało skutecznym sygnałem.