Miniony rok był na amerykańskiej giełdzie specyficzny ze względu na bardzo niską zmienność. Choć oczywiście nawet wśród największych koncernów znalazły się spółki, które dały inwestorom pokaźne zyski (choćby Google - wzrost o ponad 100%), jak też dotkliwe straty (General Motors - przecena o ponad połowę), to rynek jako całość praktycznie stał w miejscu. S&P 500 zyskał w ub.r. zaledwie 3%. Stopy zwrotu zmalały drugi rok z rzędu - w 2004 r. S&P 500 wzrósł o 9%, a rok wcześniej - aż o 26,4%.
Historycznie niska
rozpiętość
Uwagę zwraca jednak nie tylko malejące tempo indeksu, ale także coraz mniejsza zmienność. Ubiegłoroczne maksimum S&P 500 było oddalone od minimum jedynie o niecałe 140 pkt. W 2004 r. rozpiętość wynosiła 156,5 pkt, a w 2003 r. - 323,6 pkt. Dla porównań w dłuższym okresie bardziej przydatna jest rozpiętość wyrażona procentowo. W ub.r. wyniosła ona 12,3%. Tymczasem w ciągu ostatnich pięciu lat maksymalna rozpiętość przekroczyła aż 53% - w ostatnim roku bessy (2002 r.). Ubiegłoroczna zmienność jest też bardzo niska na tle danych obejmujących dziesiątki lat. Mniejszą rozpiętość procentową S&P 500 zanotowano tylko 2 razy w całej historii indeksu - w latach 1993-1994.
Zmienność jest zjawiskiem cyklicznym, tzn. okresy niskiej zmienności przeplatają się ze wzmożonymi wahaniami indeksu. Przykładowo, po wspomnianym okresie 1993-1994 kolejny rok przyniósł skokowy wzrost rozpiętości do 36,2%. Innymi słowy, zmienność wzrosła ponaddwukrotnie. Wygląda na to, że obecnie S&P 500 znajduje się w okolicach dołka tego cyklu. Czyżby zatem ubiegły rok przyniósł przysłowiową ciszę przed burzą? Jest to jak najbardziej prawdopodobne. W tym roku można się spodziewać znacznie silniejszych wahań notowań w USA. Mniej pewne jest natomiast to, czy wzrost zmienności będzie się wiązał ze stabilnym trendem (zwyżkowym lub spadkowym) indeksu, czy może gwałtownymi skokami w dół i w górę.