Pokonanie przez średnią przemysłową Dow Jones poziomu 11000 pkt (po raz pierwszy od połowy 2001 r.) nie wywołało fali zakupów, która mogłaby popchnąć indeks jeszcze wyżej. Zresztą bardziej istotną z technicznego punktu widzenia barierą był szczyt z marca ub.r. (10940 pkt). Tym bardziej że w listopadzie to właśnie ten poziom powstrzymał zwyżkę. Brak silnego impulsu wzrostowego związanego z przebiciem tych barier nie jest jednak wielką niespodzianką. Wystarczy przypomnieć, jak Dow Jones zachowywał się w ubiegłych dwóch latach po przebiciu średnioterminowych szczytów. W grudniu 2004 r. indeks bardzo krótko zdołał się utrzymać powyżej maksimum z lutego. Potem nadeszła kilkutygodniowa przecena. Jeszcze gorzej było w marcu ub.r., gdy Dow Jones odniósł chwilowe zwycięstwo, przebijając poprzedni szczyt.

Przyczyny takiego stanu rzeczy trzeba szukać w długoterminowej sytuacji indeksu. Od dwóch lat znajduje się on w trendzie bocznym, w ramach którego zdarzają się mniejsze lub większe ruchy w dół i w górę. W tej sytuacji nie sprawdzają się zupełnie sygnały wynikające z przebicia średnioterminowych szczytów, jak i dołków. Niewykluczone że po ostatniej fali wzrostowej Dow Jones zawróci w dół, powracają do długoterminowego trendu bocznego. Wahania w jego ramach przypominają tzw. ruchy powrotne do średniej. Dow Jones najwyraźniej ciąży do poziomu ok. 10500 pkt.

Trwałego impulsu wzrostowego nie przyniosło też przebicie oporów przez S&P 500. W tym przypadku barierą dla zwyżki był nie poprzedni szczyt, lecz górne ramię wielomiesięcznego trendu wzrostowego. Indeks rósł co prawda przez trzy sesje po wybiciu z klina, jednak czwartkowa przecena zabrała cały ten wzrost. Można się natomiast spodziewać, że mimo tej słabości, w dłuższym terminie wybicie z klina powinno przynieść kontynuację hossy. Co ważne, S&P 500 ma już za sobą wszystkie istotne poziomy zniesienia bessy z lat 2000-2002. Najbliższy opór wynikający z lokalnych szczytów korekt z czasów tej bessy wypada na poziomie 1309 pkt.