Premier Marcinkiewicz, jak podał Reuters, zadeklarował chęć podjęcia rozmów z przedstawicielami UniCredito, który jest właścicielem ponad 71% akcji BPH, ale nie ma ciągle zgody KNB na wykonywanie głosów na walnym zgromadzeniu. Nie wiadomo, kiedy mogłoby się odbyć spotkanie z Alessandro Profumo, prezesem UniCredito. Być może wypowiedź premiera ma związek z wcześniejszymi deklaracjami Włochów, o których nieoficjalnie pisał "Financial Times". UniCredito, który ogłosił już wezwanie na zakup powstających poza jego kontrolą akcji BPH, miałoby pójść na ustępstwa. Proponuje m.in. wolniejszą redukcję zatrudnienia w połączonych bankach oraz zapewnia Polakom stanowiska na najwyższych szczeblach zarządu i rady nadzorczej.
Sytuacja pozostanie patowa
- Ani deklaracje premiera Marcinkiewicza, ani ogłoszenie wezwania przez UniCredito nie zmienią patowej sytuacji w sposób zasadniczy - uważa Dariusz Górski, analityk DB Securities. - Premier Marcinkiewicz musi sobie zdawać sprawę, że w tej sprawie gra na boisku unijnym, gdzie wszelkie decyzje ograniczające fundamentalne wolności, w tym wolność międzynarodowego transferu kapitału, są odbierane bez zrozumienia - uważa Jan Wyrowiński, poseł PO zasiadający w sejmowej Komisji Skarbu Państwa. Polski rząd utrzymuje, że Włosi kupując Pekao, zobowiązali się do nieprowadzenia konkurencyjnej działalności na terenie Polski, a za taką uznaje przejęcie kontroli nad BPH. W związku z niedochowaniem zobowiązań z umowy prywatyzacyjnej, wezwał UniCredito do sprzedaży akcji BPH i czeka na decyzję do końca stycznia. Włosi twierdzą, że działają zgodnie z prawem.
Gra na zwłokę
Zdaniem Górskiego, jeżeli rząd rzeczywiście chciałby się wycofać z zarzutów wobec UniCredito, to miał okazję to zrobić tuż po dymisji ministra skarbu Andrzeja Mikosza. To on podpierał się właśnie umową prywatyzacyjną z 1999 r. - Wydaje mi się, że obecne deklaracje premiera to gra na zwłokę i przeciąganie sprawy do po wyborach. Politycy są zajęci wewnętrzną rozgrywką i nie chcą mieć na karku Brukseli - mówi Górski.