Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 12.02.2006 21:46

Ubiegły tydzień nie przyniósł jakiś przełomowych, czy choćby średnio ważnych

informacji, które można by tu było przeanalizować pod kątem wpływu na

giełdową koniunkturę. Głównym tematem tego tygodnia był fakt upływu 100 dni

działalności rządu Kazimierza Marcinkiewicza i czynionych z tej okazji

podsumowań pozytywnych (koalicja) lub negatywnych (cała reszta).

Reklama
Reklama

Z tego też powodu niniejsza analiza będzie miała głównie charakter

techniczny, ale by nie pozostać monotematycznym chciałem zwrócić uwagę na

pewien paradoks, który wart jest chyba wzmianki. W ciągu ostatnich kilku dni

przedstawiono dwie propozycje, które mają duże szanse na realizację, a które

bezpośrednio dotyczą rynku kredytów hipotecznych. Z jednej strony rząd

przedstawia program wsparcia przy zakupie mieszkań na kredyt. Nie wchodzę w

Reklama
Reklama

szczegóły, bo już wiele na ten temat powiedziano. Efekt tego programu stoi

pod dużym znakiem zapytania, ale załóżmy na chwilę, że faktycznie więcej

osób będzie w stanie skorzystać z tego kredytu. Trzeba pamiętać, że

podstawowym celem tego programu jest posłanie impulsu do branży budowlanej i

pobudzenie budownictwa mieszkaniowego. Nie wchodzę też w dyskusję, czy

faktycznie pobudzanie strony popytowej jest najkorzystniejszym rozwiązaniem.

Reklama
Reklama

W tym samym czasie nadzór bankowy podejmuje działania, które mają na celu

zmniejszenie wolumenu kredytów hipotecznych opartych o waluty obce z

frankiem szwajcarskim na czele. Tu też trwa dyskusja, czy faktycznie takie

decyzje są podporządkowane szczytnemu celowi ochrony klientów przed

nieświadomym przejmowaniem na siebie ryzyka kursowego, czy też jest to

Reklama
Reklama

zawoalowana walka o udział w rynku kredytów hipotecznych. Jedno jest pewne,

jeśli dzięki temu cena kredytów wzrośnie, to liczba osób mogących je

zaciągnąć spadnie. W efekcie mamy sytuację, gdzie dwie niezależne instytucje

podejmują działania, których spodziewany wynik jest przeciwny, co w

najlepszym razie zaowocuje utrzymaniem status quo, jeśli chodzi o dynamikę

Reklama
Reklama

przyrostu kredytów hipotecznych. Jedynymi wygranymi tego układu obu decyzji

będą tylko duże banki detaliczne, które zwiększą swój udział w rynku

kredytów hipotecznych ze względu na oparcie się w swojej działalności o

kredyt złotówkowy (rząd wspomaga tylko kredyty złotówkowe), a to może mieć

wpływ na koniunkturę branży bankowej w dłuższym terminie.

Reklama
Reklama

O gospodarce czy finansach publicznych tygodniu "studniówkowym" nie

rozmawiało się zbyt dużo, bo faktycznie poza deklaracjami niewiele one

zajmują miejsca w działaniach rządu. Pomińmy takie sukcesy obecnej ekipy jak

niska inflacja, czy przyspieszający wzrost gospodarczy, a skupmy się na

sprawach bardziej konkretnych. Ruszył program "Tanie państwo". Przyznam, że

mam mieszane uczucia czytając o tym, że nie zamierza się uszczuplać rzeszy

urzędników pracujących w administracji, a "Tanie państwo" sprowadza się do

ograniczeń w limitach używania telefonów oraz korzystania z samochodów

służbowych.

Ma być podobno ogłoszony przetarg na jednego operatora telefonicznego dla

całej administracji. Zastanawiam się jednak po co to czynić, jak i tak już z

góry wiadomo, kto ten przetarg wygra. Wiadomo, w jakich spółkach Skarb

Państwa ma spory udział i czego te spółki są współudziałowcami. Mówi się też

o jednym centralnym systemie komputerowym, co już jest hasłem na lata i to

hasłem drogim, bo liczonym w setkach milionów złotych. Można więc odnieść

wrażenie, że działania w celu obniżenia kosztów funkcjonowania administracji

mają raczej charakter pozorny. Inna sprawa, że reforma finansów publicznych

powinna się raczej skupić na dziedzinach typowo patologicznych, gdzie poziom

wydatków zdecydowanie odbieobre wskazanie, jaka jest kondycja obu obozów

rynkowej gry. Właśnie obserwacja warszawskiego parkietu w ostatnim tygodniu

pod kątem przebiegu korekty pozwala na wnioski, które w krótkim terminie nie

są zbyt optymistyczne.

Cały ubiegły tydzień kursy na rynku wahały się w dość wąskim przedziale. Na

wykresie cen kontraktów i wartości indeksu WIG20 wykreślona została mała

konsolidacja. Fakt, że rynek nie jest w stanie mocniej odbić się po

pamiętnym wtorkowym spadku sygnalizuje, że potencjał zniżki jeszcze się nie

wyczerpał. Wspomniana konsolidacja jest korektą tego jednodniowego spadku.

Przez kolejnych osiem dni nie udało się bykom podnieść rynku ponad połowę

dużej spadkowej czarnej świecy. Ruch boczny zamiast szybkiej próby negacji

spadku sygnalizuje, że podaż nadal ma przewagę.

O tej przewadze świadczy także inny fakt związany z analizą wykresów, który

miał miejsce w tym tygodniu. Obserwując zmiany cen na wykresach krótszych

niż jeden dzień, na przykład godzinowych, można było zauważyć wyłaniający

się charakterystyczny kształt znanej większości inwestorom formacji

odwróconej głowy i ramion. Taki kształt wykresu dawał nadzieję na nieco

większy wzrost cen, jaki mógłby mieć miejsce po wybiciu nad ostatnie lokalne

(w skali godzinowej) szczyty. Wiadomym jest, że o formacji mówi się dopiero

wtedy, gdy ma miejsce wybicie ponad poziom linii szyi.

Dla tych, którzy powątpiewają w formacje pamiętając, że jest to narzędzie,

które na rozwiniętych rynkach raczej nie jest wykorzystywane przez

profesjonalistów, ważna jst sama konsolidacja i ewentualne wybicie z niej.

Dla nich mało ważna jest struktura tejże konsolidacji, bo liczy się

zatrzymanie ruchu i ewentualne wyjście poza obszar wyznaczany przez górne i

dolne ograniczenie. Do takiego wybicia doszło w czwartek. Jak zawsze, przy

każdym wybiciu z formacji (czy konsolidacji), by było ono uznane za istotne

i miarodajne powinno się zaobserwować skok obrotów.

We wspomniany czwartek nie dość, że obrót nie zwiększył się znacznie, to

jeszcze ceny po krótkim przebywaniu nad linią wybicia (czy też górnym

ograniczeniem konsolidacji), powróciły na jej poziom, by w końcówce sesji

spaść jeszcze niżej negując tym samym fakt wybicia. W ten sposób popyt

okazał swoją słabość nie mogąc utrzymać cen nad poziomem oporu. To zemściło

się już w piątek, gdy ceny spadły zbliżając się do dolnego ograniczenia

konsolidacji.

Takie zachowanie cen każe przypuszczać, że po nieudanym ataku byków dojdzie

do podobnej próby wybicia poza obszar konsolidacji, ale tym razem będzie to

wybicie dołem. Sprawą otwartą pozostaje pytanie, jakie będą tego

konsekwencje. Jest o tyle ważne, że właśnie zachowanie rynku po tym

przypuszczalnym wybiciu będzie nam pomocne w określeniu, jakie są szanse na

powrót do trendu wzrostowego.

Można tu rozpatrywać przynajmniej dwa mające największe szanse realizacji

scenariusze. Pierwszy scenariusz to płytki spadek cen pod poziom minimum z 3

lutego, po którym ceny szybko skoczyłyby w górę. Świadczyłoby to o nadal

silnym rynku w średnim i długim terminie i prawdopodobnym szybkim

wyznaczeniu nowych rekordów hossy. Wtedy można by się doszukiwać na wykresie

formacji rozszerzającego się trójkąta, ale oczywiście byłaby to raczej

ciekawostka, niż wiarygodna podstawa podejmowanych decyzji.

Scenariuszem drugim (moim zdaniem bardziej prawdopodobnym) jest nieco

głębszy spadek cen, a tym samym definitywne zejście pod poziom dołka z

połowy stycznia br. Jak pamiętamy, pokonanie tego poziomu powinno zapalić

nam żółte światło ostrzegawcze, choć jeszcze nie byłby to sygnał zmianwyznaczony. Poziom optymizmu na

rynku jest zadziwiająco niski. Owszem, na małych spółkach trwa właśnie szał

aktywności, ale to jeszcze nie jest euforia. Wskazuje na to m.in. kilka

artykułów, jakie się ostatnio ukazały w prasie, które z założenia mają

ostrzegać przed wysokim ryzykiem inwestycji w akcje. Wspomina się krach z

roku 1994. Co ciekawe, pojawiły się także informacje, że fundusze

inwestujące w akcje małych i średnich spółek przestają przyjmować nowe

środki. Ogólnie da się zauważyć wyczekiwanie na koniec hossy. Sam tego

oczekuję, ale takie nastawienie publiczności raczej skłania mnie to

twierdzenia, że to jeszcze nie koniec wzrostów.

Prawdopodobny spadek cen w najbliższym czasie może nieco przestraszyć

graczy, ale raczej nie będzie to początek bessy. Piszę "raczej", bo w tej

chwili określenie pojawienia się szczytu jest zadaniem trudnym, by nie

powiedzieć graniczącym ze strzelaniem w ciemno. Ten strach, jaki może się

pojawić będzie rynkowi bardzo potrzebny. Wiara w trend zostanie zachwiana,

co może tylko mu pomóc. Teraz jednak większość jest świadoma hossy, czego

efekt widać na wykresie - kursy już nie rosną.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jeden szczegół. Jeśli obecna korekta

spadkowa (na razie takie mamy założenia - spadek jest korektą) będzie się

przeciągać w czasie, a sam spadek będzie powolny, to w rezultacie zanim ceny

zbliżą się do okolic lokalnego dołka z początku roku, może zostać naruszona

linia trendu wzrostowego (linia ciągła na Wykres_1.gif ). Nie przejmowałbym

się jednak tym za bardzo. Faktycznie jest to linia o bardzo stromym

nachyleniu, co lepiej widać na Wykres_2.gif . Takie linie mają bardzo małe

znaczenie techniczne, gdyż ich przełamanie wcale nie musi oznaczać sygnału

końca tendencji, a jedynie głębszą korektę. Takie fałszywie linie trendu, po

przełamaniu których ceny i tak rosły, zostały zaznaczone linią kropkowaną.

Kamil Jaros

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama