O gospodarce czy finansach publicznych tygodniu "studniówkowym" nie
rozmawiało się zbyt dużo, bo faktycznie poza deklaracjami niewiele one
zajmują miejsca w działaniach rządu. Pomińmy takie sukcesy obecnej ekipy jak
niska inflacja, czy przyspieszający wzrost gospodarczy, a skupmy się na
sprawach bardziej konkretnych. Ruszył program "Tanie państwo". Przyznam, że
mam mieszane uczucia czytając o tym, że nie zamierza się uszczuplać rzeszy
urzędników pracujących w administracji, a "Tanie państwo" sprowadza się do
ograniczeń w limitach używania telefonów oraz korzystania z samochodów
służbowych.
Ma być podobno ogłoszony przetarg na jednego operatora telefonicznego dla
całej administracji. Zastanawiam się jednak po co to czynić, jak i tak już z
góry wiadomo, kto ten przetarg wygra. Wiadomo, w jakich spółkach Skarb
Państwa ma spory udział i czego te spółki są współudziałowcami. Mówi się też
o jednym centralnym systemie komputerowym, co już jest hasłem na lata i to
hasłem drogim, bo liczonym w setkach milionów złotych. Można więc odnieść
wrażenie, że działania w celu obniżenia kosztów funkcjonowania administracji
mają raczej charakter pozorny. Inna sprawa, że reforma finansów publicznych
powinna się raczej skupić na dziedzinach typowo patologicznych, gdzie poziom
wydatków zdecydowanie odbieobre wskazanie, jaka jest kondycja obu obozów
rynkowej gry. Właśnie obserwacja warszawskiego parkietu w ostatnim tygodniu
pod kątem przebiegu korekty pozwala na wnioski, które w krótkim terminie nie
są zbyt optymistyczne.
Cały ubiegły tydzień kursy na rynku wahały się w dość wąskim przedziale. Na
wykresie cen kontraktów i wartości indeksu WIG20 wykreślona została mała
konsolidacja. Fakt, że rynek nie jest w stanie mocniej odbić się po
pamiętnym wtorkowym spadku sygnalizuje, że potencjał zniżki jeszcze się nie
wyczerpał. Wspomniana konsolidacja jest korektą tego jednodniowego spadku.
Przez kolejnych osiem dni nie udało się bykom podnieść rynku ponad połowę
dużej spadkowej czarnej świecy. Ruch boczny zamiast szybkiej próby negacji
spadku sygnalizuje, że podaż nadal ma przewagę.
O tej przewadze świadczy także inny fakt związany z analizą wykresów, który
miał miejsce w tym tygodniu. Obserwując zmiany cen na wykresach krótszych
niż jeden dzień, na przykład godzinowych, można było zauważyć wyłaniający
się charakterystyczny kształt znanej większości inwestorom formacji
odwróconej głowy i ramion. Taki kształt wykresu dawał nadzieję na nieco
większy wzrost cen, jaki mógłby mieć miejsce po wybiciu nad ostatnie lokalne
(w skali godzinowej) szczyty. Wiadomym jest, że o formacji mówi się dopiero
wtedy, gdy ma miejsce wybicie ponad poziom linii szyi.
Dla tych, którzy powątpiewają w formacje pamiętając, że jest to narzędzie,
które na rozwiniętych rynkach raczej nie jest wykorzystywane przez
profesjonalistów, ważna jst sama konsolidacja i ewentualne wybicie z niej.
Dla nich mało ważna jest struktura tejże konsolidacji, bo liczy się
zatrzymanie ruchu i ewentualne wyjście poza obszar wyznaczany przez górne i
dolne ograniczenie. Do takiego wybicia doszło w czwartek. Jak zawsze, przy
każdym wybiciu z formacji (czy konsolidacji), by było ono uznane za istotne
i miarodajne powinno się zaobserwować skok obrotów.
We wspomniany czwartek nie dość, że obrót nie zwiększył się znacznie, to
jeszcze ceny po krótkim przebywaniu nad linią wybicia (czy też górnym
ograniczeniem konsolidacji), powróciły na jej poziom, by w końcówce sesji
spaść jeszcze niżej negując tym samym fakt wybicia. W ten sposób popyt
okazał swoją słabość nie mogąc utrzymać cen nad poziomem oporu. To zemściło
się już w piątek, gdy ceny spadły zbliżając się do dolnego ograniczenia
konsolidacji.
Takie zachowanie cen każe przypuszczać, że po nieudanym ataku byków dojdzie
do podobnej próby wybicia poza obszar konsolidacji, ale tym razem będzie to
wybicie dołem. Sprawą otwartą pozostaje pytanie, jakie będą tego
konsekwencje. Jest o tyle ważne, że właśnie zachowanie rynku po tym
przypuszczalnym wybiciu będzie nam pomocne w określeniu, jakie są szanse na
powrót do trendu wzrostowego.
Można tu rozpatrywać przynajmniej dwa mające największe szanse realizacji
scenariusze. Pierwszy scenariusz to płytki spadek cen pod poziom minimum z 3
lutego, po którym ceny szybko skoczyłyby w górę. Świadczyłoby to o nadal
silnym rynku w średnim i długim terminie i prawdopodobnym szybkim
wyznaczeniu nowych rekordów hossy. Wtedy można by się doszukiwać na wykresie
formacji rozszerzającego się trójkąta, ale oczywiście byłaby to raczej
ciekawostka, niż wiarygodna podstawa podejmowanych decyzji.
Scenariuszem drugim (moim zdaniem bardziej prawdopodobnym) jest nieco
głębszy spadek cen, a tym samym definitywne zejście pod poziom dołka z
połowy stycznia br. Jak pamiętamy, pokonanie tego poziomu powinno zapalić
nam żółte światło ostrzegawcze, choć jeszcze nie byłby to sygnał zmianwyznaczony. Poziom optymizmu na
rynku jest zadziwiająco niski. Owszem, na małych spółkach trwa właśnie szał
aktywności, ale to jeszcze nie jest euforia. Wskazuje na to m.in. kilka
artykułów, jakie się ostatnio ukazały w prasie, które z założenia mają
ostrzegać przed wysokim ryzykiem inwestycji w akcje. Wspomina się krach z
roku 1994. Co ciekawe, pojawiły się także informacje, że fundusze
inwestujące w akcje małych i średnich spółek przestają przyjmować nowe
środki. Ogólnie da się zauważyć wyczekiwanie na koniec hossy. Sam tego
oczekuję, ale takie nastawienie publiczności raczej skłania mnie to
twierdzenia, że to jeszcze nie koniec wzrostów.
Prawdopodobny spadek cen w najbliższym czasie może nieco przestraszyć
graczy, ale raczej nie będzie to początek bessy. Piszę "raczej", bo w tej
chwili określenie pojawienia się szczytu jest zadaniem trudnym, by nie
powiedzieć graniczącym ze strzelaniem w ciemno. Ten strach, jaki może się
pojawić będzie rynkowi bardzo potrzebny. Wiara w trend zostanie zachwiana,
co może tylko mu pomóc. Teraz jednak większość jest świadoma hossy, czego
efekt widać na wykresie - kursy już nie rosną.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jeden szczegół. Jeśli obecna korekta
spadkowa (na razie takie mamy założenia - spadek jest korektą) będzie się
przeciągać w czasie, a sam spadek będzie powolny, to w rezultacie zanim ceny
zbliżą się do okolic lokalnego dołka z początku roku, może zostać naruszona
linia trendu wzrostowego (linia ciągła na Wykres_1.gif ). Nie przejmowałbym
się jednak tym za bardzo. Faktycznie jest to linia o bardzo stromym
nachyleniu, co lepiej widać na Wykres_2.gif . Takie linie mają bardzo małe
znaczenie techniczne, gdyż ich przełamanie wcale nie musi oznaczać sygnału
końca tendencji, a jedynie głębszą korektę. Takie fałszywie linie trendu, po
przełamaniu których ceny i tak rosły, zostały zaznaczone linią kropkowaną.
Kamil Jaros
[email protected]