Klauzula kraju pochodzenia stanowiła, że usługodawców obowiązują tylko przepisy krajowe. Jeżeli więc np. polska firma budowlana spełniałaby nasze wymogi co do kwalifikacji pracowników, zezwoleń, czasu pracy, mogłaby się ubiegać o kontrakt za granicą. I ryzykowałaby przy tym, że napotka kolejne obostrzenia. Dyrektywa stanowiła nawet, że usługodawca nie musiał mieć biura w kraju, w którym walczy o zlecenie.
PE zdecydował jednak, że klauzula idzie za daleko. Dlatego wprowadził zapis, że państwa mogą narzucić dodatkowe wymogi "niezbędne z punktu widzenia polityki społecznej lub bezpieczeństwa publicznego, ochrony zdrowia lub środowiska w celu uniknięcia szczególnego ryzyka w miejscu świadczenia usługi". Poprawkę wymusiły ogranizacje związkowe ze "starych" krajów członkowskich. Obawiały się zbyt dużej konkurencji cenowej ze strony firm z państw przyjętych niedawno do UE.
Pod ich naciskiem chadecy i socjaliści, największe ugrupowania europarlamentu, zgodzili się na ustępstwa. - Możemy dyskutować o liberalizacji, ale kiedy wrócę do domu, muszę to, co robimy, wytłyumaczyć wyborcom - przyznał Bernard Poignant, szef francuskich socjalistów.
Polscy eurodeputowani od początku protestowali przeciwko ograniczeniom w liberalizacji rynku usług. - Nie akceptujemy ograniczania przedsiębiorstwom swobody świadczenia usług, a konsumentom dostępu do nich pod pretekstem ochrony narodowej suwerenności - mówiła Małgorzata Handzlik (PO). Duża część polskich parlamentarzystów zagłosowała przeciw dyrektywie.