Rynki walutowy i obligacji są wciąż pod wrażeniem niskiej inflacji. W styczniu roczny wskaźnik wzrostu cen w gospodarce wyniósł zaledwie 0,7%, podczas gdy analitycy prognozowali 0,9%. Z punktu widzenia rynku akcji sama inflacja nie ma jednak decydującego znaczenia. Bardziej istotne jest to, co za nią stoi - słaby popyt krajowy (będący objawem kiepskiej koniunktury) czy może czynniki związane z podażą (np. niskie ceny żywności wynikające z nadmiaru produktów).
Inflacja na drugim planie
Poszukiwanie zależności między inflacją i cenami akcji w przeszłości jest o tyle trudne, że dopiero ostatnie kilka lat przyniosło w miarę ustabilizowany wskaźnik inflacji, porównywalny z rozwiniętymi gospodarkami. Niemniej można zauważyć kilka zależności. W ostatnich 10 latach długoterminowy trend inflacji zmieniał się cztery razy. Dwukrotnie zanotowano dołki inflacji - pierwszy raz na przełomie lat 1998-1999 i drugi w kwietniu 2003 r., kiedy to istniało realne zagrożenie deflacją (roczny wzrost cen wyniósł zaledwie 0,3%). Nie przypadkiem właśnie w obu tych momentach rozpoczęła się długotrwała hossa na rynku akcji. W obu tych przypadkach przez cały okres hossy towarzyszył jej wzrost inflacji. Zwyżki na rynku akcji zakończyły się (lub mocno wyhamowały) na kilka miesięcy przed punktem zwrotnym wskaźnika cen.
Pod tym względem od ponad roku mamy dość nietypową sytuację. Hossie nie towarzyszy szybszy wzrost cen w gospodarce (który byłby odzwierciedleniem silnego popytu krajowego), a wręcz przeciwnie - rekordowo niska inflacja. Warto zauważyć, że podobna sytuacja wystąpiła do tej pory tylko raz i w nieco innych okolicznościach - w 2002 r., kiedy WIG20 odbił się po długotrwałej bessie. Obecnie wszystko zależy od tego, czy wraz z inflacją nie zacznie spadać tempo wzrostu gospodarczego, a zwłaszcza produkcji przemysłowej, która jest jednym z najsilniej związanych z kursami akcji czynnikiem. Jeżeli do tego dojdzie, to kontynuacja hossy będzie niemożliwa.
Najgorsze za nami?