W czwartek Parlament Europejski uchwalił przepisy liberalizujące unijny rynek usług (tzw. dyrektywa Bolkensteina). Pod naciskiem związków zawodowych z krajów Europy Zachodniej deputowani zrezygnowali jednak z klauzuli kraju pochodzenia. Umożliwiała ona firmom świadczenie usług w innych państwach UE na podstawie przepisów kraju rodzimego. Z zakresu dyrektywy wykluczono także wiele sektorów - m.in. niekomercyjne usługi użyteczności publicznej, usługi audiowizualne, zdrowotne, agencje pracy tymczasowej i usługi transportowe. Ograniczeniu uległa także projektowana swoboda delegowania pracowników na kontrakty.
Dlaczego
nie poszli dalej?
Polscy eksporterzy przyznają, że głębsza liberalizacja rynku usług bardzo by się przydała. - Kiedy wykonujemy np. kontrakt we Francji, podlegamy tamtejszemu kodeksowi pracy i tamtejszemu układowi zbiorowemu. Dla mnie to obce przepisy, których nie negocjowałem, ani na które nie mam wpływu. Zasada kraju pochodzenia ten problem mogłaby rozwiązać - przyznaje Marian Bogucki, wiceprezes Zakładów Remontowych Energetyki Warszawa, spółki, w której prawie 48,3% udziałów ma giełdowy Polimex--Mostostal Siedlce. ZREW prowadzi prace montażowo-remontowe w kilku krajach UE (Francja, Szwecja, Hiszpania, Holandia).
- Dla naszej firmy dyrektywa nie oznacza być albo nie być na europejskich rynkach. Krajowe uprawnienia wyspecjalizowanych pracowników do montażu kotłów stają się podobne do siebie. Spółka zdobyła pewną renomę. Coraz częściej pojawia się jednak wymóg płacenia pracownikom delegowanym z Polski tyle, ile wynosi pensja na lokalnym rynku, co zwiększa nasze koszty - dodaje Marek Brejwo, prezes opolskiego Remaku, firmy montującej kotły. 86% przychodów spółki to eksport (firma działa m.in. w Niemczech, Austrii i Holandii).